Otworzyłam oczy. Obraz na zmianę ciemniał i rozjaśniał się, co chwila sklepienie jaskini, w której się znalazłam, błyskało niczym Supernova. Drgnęłam niespokojnie. Zorientowałam się się, że leżę nad źródłem Wyroczni. Była to chyba jedyna rzecz, której mogłam być pewna, ponieważ miałam okropne zawroty głowy. Świat szaleńczo wirował...Czułam się pusta i słaba, i wszystko mi się mieszało. Myśli kręciły się razem z rzeczywistością. Nie wiedziałam co i jak.
Na szczęście zawroty powoli ustawały i wkrótce mogłam stanąć na czterech łapach, choć zataczałam się niczym jeszcze ślepe szczenię. Co się za mną stało? Myślami wróciłam do ostatnich zapamiętanych zdarzeń.
Moja złość na Alphę... nie.
Wyrocznia... też nie.
Biały Alpha... i sąd nad Stadem z okolic jeziora Leony... Inne wilki - Rissey, Cono, Ir'achalii...
To było dawno! Ile czasu temu? Z czasów Wilczej Straży...
Nie!
Odsunęłam od siebie wszystkie wspomnienia, skupiając się na najwcześniejszym, jakie miałam.
Wiał ciepły wiatr, a w powietrzu czuć było stado. Rodzice, młodsza siostra i starsi bracia spałi w norze. Inni członkowie watahy gotowali się do snu. Na zewnątrz siedziałam tylko ja. Z doliny dobiegło mnie wycie - tęskne, melancholijne. Odpowiedziałam na ten zew, wyjąc do srebrnej tarczy księżyca. Tylko tyle mogłam zrobić. Stado weszło na wojenną ścieżkę. Nie obchodziło mnie to - moje serce rozpadło się na kawałki. I jeszcze to, co planowali - wymordować wszystkich z obcej watahy - sprawiło, że straciłam szacunek dla stada. A w myślach słyszałam ciągle "Stoją na straży porządku i pokoju - bez Sage'Li Wolne Stada dawno przestałyby istnieć"...
I następne, które wyryło się w mojej pamięci.
Był wieczór, gwiazdy lśniły na bezchmurnym niebie. Starsi członkowie watahy zgromadzili się w kręgu, by omówić zbliżającą się walkę - w tej chwili jednak ich uwaga skupiała się na mnie. Stałam przed matką, jeżąc sierść. Warczałyśmy na siebie.
-...Tak! Tak, zamierzam zdradzić stado, jeśli dzięki temu nie dojdzie do walki! Łamiecie wszelkie prawa! - zawołałam przez zaciśnięte zęby. - I wy mnie nie powstrzymacie!
- Jak... śmiesz! Jak śmiesz choćby myśleć o zdradzie! - wykrzyknęła matka. Patrzyła na mnie z wściekłością, nienawiścią. W jej oczach byłam głupią, młodą wilczycą, która przeżywała szczenięcą miłość. Nie rozumiała, że już dawno nie o to chodzi. To było coś większego.
- Dość! - warknęłam - Nie mam już stada! Nie zamierzam brać udziału w czymś takim! - odwróciłam się i pognałam w las. Wataha wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Matka drżała z bezsilnej złości. Wyszłaby na niezrównoważoną, gdyby mnie zaatakowała.
- Stamine! Stam, chyba nie mówisz poważnie... - głos Caleba, mojego starszego brata, przebił się przez czerwoną mgiełkę wściekłości na matkę, stado, na wszystko. Jak mogli tego nie widzieć? Że to co robią, to nie jest już zwykła walka, to szaleństwo!
Wbiegłam w las, ignorując mojego brata "bliźniaka", drugiego i ostatniego z miotu. Cal nie ustępował jednak, pobiegł za mną w las.
- Stamine... Zaczekaj... - jęknął. Przyspieszyłam. Bycie najszybszym w stadzie miało swoje zalety. Brat był jednak nieustępliwy.
- Stam, Stój! - warknął. Zagrodził mi drogę, ostro skręcając. Przystanęłam.
- Czego chcesz?! - spytałam ostro.
- Porozmawiać - stwierdził spokojnie. Był tym w stadzie, który myślał "naprawdę" logicznie. Nigdy go nie ponosiło. Ja byłam tą od wybuchów emocji. Nie moja wina, nie umiałam ich dusić.
- Dobrze. - zmusiłam się do uspokojenia. Potem dodałam ciszej: - jeśli dzięki temu się odczepisz...
Wywrócił oczami, ale odpowiedział:
- Nie mówiłaś poważnie. Stam, pewnie cię poniosło... Musisz się uspokoić. Trav i tak pewnie tylko się tobą bawił, a... - stwierdził Caleb.
- To nie ma nic do rzeczy! - warknęłam.
- ... a stado nic nie robi... - dokończył stanowczo.
- Nic?! Wybijanie watahy w pień to jest nic?! Ty chyba zwariowałeś! Nie mogę pozwolić, żeby to się dokonało... - zawołałam - I nie próbuj mnie powstrzymywać... nie wygrasz ze mną!
- Nie zamierzam.
- To co zrobisz? Wrócisz do watahy i powiesz matce, żeby wysłała za mną innych? - spytałam nieufnie.
- Nie. Nie przekonam cię, prawda? - zapytał i zaśmiał się lekko. - Pójdę z tobą, czy tego chcesz czy nie. - odpowiedział mi niemal radośnie.
- Ale... - powiedziałam zdezorientowana. Przez chwilę plątałam się w słowach, by w końcu powiedzieć: - A niech cie piorun trzaśnie, Caleb. Jesteś niemożliwy.
- Wiem! - stwierdził mój braciszek z uśmiechem - I dlatego mnie lubisz!
wtorek, 21 maja 2013
niedziela, 28 kwietnia 2013
Jasmine
Po zniknięciu Stamine zostaliśmy bez łowczyni, tak więc sami musieliśmy zdobywać pożywienie. Shade nie potrafił upolować nawet głupiego królika, co niezmiernie mnie śmieszyło. Ja natomiast przynosiłam do Jamy króliki i inne gryzonie. Odwiedzałam wodospad i zabijałam ryby tam żyjące. Tak minęły dwa dni od zaginięcia mojej siostry.
Pewnego ranka, gdy po całonocnym polowaniu wróciłam do Jamy z niczym, zobaczyłam, że rana Shade'a rozrosła się i zaczęła ropieć.
"No tak, zakażenie" - pomyślałam z rozpaczą. Próbowałam sobie przypomnieć, co nauczyłam się o ropnych, pieniących się ranach. Wiedziałam, że muszę obłożyć ją mchem znajdowanym głęboko w lesie podczas księżycowych nocy, był bowiem widoczny tylko w jego świetle. Moje zdruzgotanie stało się jeszcze większe, gdy zobaczyłam, że całe niebo zasłaniają chmury. Z resztą i tak dziś księżyc powinien być w nowiu.
Shade popatrzył na mnie smutno, w jego oczach czaił się ból. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak stać! Byłam na to za słaba, od samego widoku cierpienia innych istot w moich oczach pojawiały się łzy. Dlatego zabijałam moje ofiary od razu, by nie musiały go odczuwać.
- Z-z-zaraz coś znajdę, p-poczekaj... - szepnęłam łamiącym się głosem. Alpha skinął głową, zaciskając zęby. Przeklinając moją wyostrzoną empatię wybiegłam z Jamy, powstrzymując się od płaczu.
Skierowałam się na stoki, szukając mchu mimo całkowitych ciemności. Po półgodzinie łzy zalewały mi oczy, prawie nic nie widziałam. Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedźwiedzia. No świetnie, zginę tu, Shade też umrze, i to przeze mnie. NIGDY nie wolno chodzić nocą po stokach samemu, każdy szczeniak to wie. W obliczu zagrożenia przypomniałam sobie słowa matki wypowiedziane dawno, dawno temu: "Jeśli nie ma już ratunku, gdy zwątpienie ogarnia twoje serce, nie błagaj o cud. Po prostu użyj swojego daru".
- Taa... - powiedziałam do siebie. Daru. Niby w czym wyostrzony instynkt miałby mi pomóc? Zapachu mchu nie wyczujesz, bo to tak samo, jakbyś wąchał wodę. Niektóre z roślin nie wydają żadnych dźwięków, lecznicze do nich należą. A wzrok... Do tego potrzebny byłby chociażby malutki promyk księżycowego światła.
Niedźwiedź już na pewno mnie wyczuł. Zbliżał się powoli, ociężale. Pogodzona z możliwością śmierci leżałam na trawie z zamkniętymi oczami. Nagle jednak coś mnie oświetliło. Zdumiona podniosłam się. Mój niedoszły zabójca uciekał tam, skąd przyszedł. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie. Może 20 cm przed moim nosem na trawie rósł srebrzysty mech, ten, którego potrzebowałam. Wiedziałam, że Lunia, bogini nocy, maczała w tym pazury. Zaczęłam ją wysławiać, wyrywając z korzeniami leczniczą roślinę. Gdy miałam jej całe pęki, pomknęłam jak strzała do Jamy.
Pewnego ranka, gdy po całonocnym polowaniu wróciłam do Jamy z niczym, zobaczyłam, że rana Shade'a rozrosła się i zaczęła ropieć.
"No tak, zakażenie" - pomyślałam z rozpaczą. Próbowałam sobie przypomnieć, co nauczyłam się o ropnych, pieniących się ranach. Wiedziałam, że muszę obłożyć ją mchem znajdowanym głęboko w lesie podczas księżycowych nocy, był bowiem widoczny tylko w jego świetle. Moje zdruzgotanie stało się jeszcze większe, gdy zobaczyłam, że całe niebo zasłaniają chmury. Z resztą i tak dziś księżyc powinien być w nowiu.
Shade popatrzył na mnie smutno, w jego oczach czaił się ból. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak stać! Byłam na to za słaba, od samego widoku cierpienia innych istot w moich oczach pojawiały się łzy. Dlatego zabijałam moje ofiary od razu, by nie musiały go odczuwać.
- Z-z-zaraz coś znajdę, p-poczekaj... - szepnęłam łamiącym się głosem. Alpha skinął głową, zaciskając zęby. Przeklinając moją wyostrzoną empatię wybiegłam z Jamy, powstrzymując się od płaczu.
Skierowałam się na stoki, szukając mchu mimo całkowitych ciemności. Po półgodzinie łzy zalewały mi oczy, prawie nic nie widziałam. Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedźwiedzia. No świetnie, zginę tu, Shade też umrze, i to przeze mnie. NIGDY nie wolno chodzić nocą po stokach samemu, każdy szczeniak to wie. W obliczu zagrożenia przypomniałam sobie słowa matki wypowiedziane dawno, dawno temu: "Jeśli nie ma już ratunku, gdy zwątpienie ogarnia twoje serce, nie błagaj o cud. Po prostu użyj swojego daru".
- Taa... - powiedziałam do siebie. Daru. Niby w czym wyostrzony instynkt miałby mi pomóc? Zapachu mchu nie wyczujesz, bo to tak samo, jakbyś wąchał wodę. Niektóre z roślin nie wydają żadnych dźwięków, lecznicze do nich należą. A wzrok... Do tego potrzebny byłby chociażby malutki promyk księżycowego światła.
Niedźwiedź już na pewno mnie wyczuł. Zbliżał się powoli, ociężale. Pogodzona z możliwością śmierci leżałam na trawie z zamkniętymi oczami. Nagle jednak coś mnie oświetliło. Zdumiona podniosłam się. Mój niedoszły zabójca uciekał tam, skąd przyszedł. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie. Może 20 cm przed moim nosem na trawie rósł srebrzysty mech, ten, którego potrzebowałam. Wiedziałam, że Lunia, bogini nocy, maczała w tym pazury. Zaczęłam ją wysławiać, wyrywając z korzeniami leczniczą roślinę. Gdy miałam jej całe pęki, pomknęłam jak strzała do Jamy.
niedziela, 14 kwietnia 2013
Stamine
Czarna wilczyca siedziała z wysoko uniesionym łbem. W jej szkarłatnych oczach czaiła się pogarda. Szare wilki kuliły się przed Sage'Li. Wilczyca przekrzywiła łeb. Biały wilk, obok którego stała, powiedział, przeciągając samogłoski:
- Co macie na swe wytłumaczenie? Powiedzcie prawdę, jeśli wam życie miłe. - Jego ton był beznamiętny, chłodny. Trochę rozbawiony i lekko zaciekawiony. Królewski. Czarna wilczyca zawarczała w głębi gardła. Na ten dźwięk zapytani skulili się i pochylili łby w poddańczym geście. Po chwili odezwała się najstarsza z dziesiątki:
- Podali n...nam błędne infor...macje. Nasze stado miało być zagładzone... Mimo pokoju. Alpha zadecydował o uprzedzeniu at... ataku. Musieliśmy coś zrobić!
Czarna wilczyca odezwała się cichym głosem. Spokojna wypowiedź skrywała inne uczucia.
- Skąd dostaliście te informacje?
- My.... to znaczy się Alphie... - jąkała się Szara. Jej towarzysze kręcili się niespokojnie. - Powiedziano, że zaatakują nas w najbliższy nów.
- Kto powiedział? - słowa szkarłatnookiej zagrzmiały w sali. Przesłuchiwani poczuli siłę jej dominacji. Musieli ugiąć przed nią kark. Jasny basior patrzył spokojnie jak jego Druga daje pokaz swojej Woli.
- Nie wie... my. - jękneła Szara.
- Nie wie...my? - Druga zaakcentowała ostatnią sylabę. Nie wierzyła Szarej. Sojrzała na nią pobłażliwie. Jak na ciekawe małe zwierzątko.
- Alpha nie powiedział... wszystkim. - Następnie Szara dodała. - Powiedział tylko Drugiemu i Trzeciemu... Betom.
- Ach. I wy nic nie wiecie? - Pierwszy z Sage'Li zabrał głos. Jasny wilk patrzył na Szarą z uwagą.
- Setta podsłuchała ich rozmowę... i znikła niedługo po tym. Dwa dni. - głos Szarej się załamał.
Z głębi pomieszczenia dobiegł ich zduszony okrzyk. Jednocześnie czarna wilczyca warknęła.
- Rada Sage'Li rozpatrzy twoje zeznanie. A tym czasem... - powiedział Pierwszy.
- Co macie na swe wytłumaczenie? Powiedzcie prawdę, jeśli wam życie miłe. - Jego ton był beznamiętny, chłodny. Trochę rozbawiony i lekko zaciekawiony. Królewski. Czarna wilczyca zawarczała w głębi gardła. Na ten dźwięk zapytani skulili się i pochylili łby w poddańczym geście. Po chwili odezwała się najstarsza z dziesiątki:
- Podali n...nam błędne infor...macje. Nasze stado miało być zagładzone... Mimo pokoju. Alpha zadecydował o uprzedzeniu at... ataku. Musieliśmy coś zrobić!
Czarna wilczyca odezwała się cichym głosem. Spokojna wypowiedź skrywała inne uczucia.
- Skąd dostaliście te informacje?
- My.... to znaczy się Alphie... - jąkała się Szara. Jej towarzysze kręcili się niespokojnie. - Powiedziano, że zaatakują nas w najbliższy nów.
- Kto powiedział? - słowa szkarłatnookiej zagrzmiały w sali. Przesłuchiwani poczuli siłę jej dominacji. Musieli ugiąć przed nią kark. Jasny basior patrzył spokojnie jak jego Druga daje pokaz swojej Woli.
- Nie wie... my. - jękneła Szara.
- Nie wie...my? - Druga zaakcentowała ostatnią sylabę. Nie wierzyła Szarej. Sojrzała na nią pobłażliwie. Jak na ciekawe małe zwierzątko.
- Alpha nie powiedział... wszystkim. - Następnie Szara dodała. - Powiedział tylko Drugiemu i Trzeciemu... Betom.
- Ach. I wy nic nie wiecie? - Pierwszy z Sage'Li zabrał głos. Jasny wilk patrzył na Szarą z uwagą.
- Setta podsłuchała ich rozmowę... i znikła niedługo po tym. Dwa dni. - głos Szarej się załamał.
Z głębi pomieszczenia dobiegł ich zduszony okrzyk. Jednocześnie czarna wilczyca warknęła.
- Rada Sage'Li rozpatrzy twoje zeznanie. A tym czasem... - powiedział Pierwszy.
***
Nareszcie odzyskałam przytomność.Czułam ten okropny ból głowy. Szalał we wnętrzu mojego umysłu niczym burza. Podniosłam się z ziemi, kiedy nawiedziło mnie uczucie pustki, czegoś... niewyjaśnionego. Po chwili zaczęło ono znikać. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że wspomnienia znikają jak we mgle... we Mgle. Tajemnicza siła w moim umyśle pochłaniała moje wspomnienia! Ale, jak? Przecież bym to... Pamiętała.
Pamiętała. W tym sęk. Mogłam to sobie setki razy przypominać, a ta Mgła zacierała wszelkie ślady wspomnień. Wymazywała wszystko z mojej pamięci. Ale czemu? Nie wiedziałam. A nawet jeśli, to tego nie Pamiętałam. Niczego.
Z paniką rzuciłam się w stronę groty. Wpadłam do środka, jednak to nie pomogła. Zdesperowana, zanurzyłam łeb w wodzie. Ataki ustąpiły. Mgła skuliła się wypuszczając strzępki wspomnień. Wspólny skowyt.
Spojrzenie złotych oczu, inteligentne i zaciekawione.
Krew. Całe kałuże krwi wokół mnie. Szkarłatnookiej.
Błagalny skowyt Jasmine, ledwie półtorarocznej.
Ból. Strach. Przerażenie. Cisza. Eksplozja. Dźwięków, kolorów, zapachów, odczuć.
sobota, 6 kwietnia 2013
Jasmine
Biegałam po lesie do rana, ale nie znalazłam Stamine. W pewnym miejscu jej ślad po prostu się urywał. Zrozpaczona wróciłam do Jamy i zaczęłam wyrzucać Shade'owi, że się z nią pokłócił. W odpowiedzi usłyszałam argument, iż moja siostra "nie spełnia swoich obowiązków łowczyni". Miałam ochotę dać mu w gębę i gdyby nie moja umiejętność szybkiego uspokajania się, pewnie bym to zrobiła. A poza tym to Alpha.
Zrezygnowana poszłam do Wyroczni. Tam zawsze wszystko stawało się jasne, przejrzyste. Problemy wydawały się śmieszne, irracjonalne, jakby odległe. Święte prawo wilków głosi, że jeśli do świętej wody w tym miejscu spadnie choć jedna kropla krwi, nawet zajęczej, ten, kto to zrobił, będzie przeklęty na zawsze. Dlatego szamani są wegetarianami, na szczęście mnie to nie dotyczy.
Zobaczyłam swoje odbicie w lustrzanej wodzie: zielone oczy, jedwabista sierść. Kiedyś jeden wilk zakochał się we mnie. To było dawno, ledwo wyrośliśmy ze szczeniactwa. Zadrżałam, gdy przypomniałam sobie, jaki los go spotkał. Splamił najświętszą ziemię Wyroczni, wdając się w bójkę o moje serce. Gdy wychodził, stratowało go stado łosi. Nigdy nie zapomnę widoku jego zakrwawionego trupa...
Pokręciłam głową. To się nigdy nie powtórzy, nigdy! Żeby zająć czymś myśli zaczęłam zbierać zioła i liście nadające się na opatrunki. Wróciłam do Jamy i ujrzałam Shade'a liżącego wielką ranę na boku.
- Byłem na polowaniu... - wyjaśnił zwięźle.
Zaśmiałam się. Ten szczeniak na polowaniu! Co próbował zabić? Niedźwiedzia?
- Na co liczyłeś? - powiedziałam kpiąco.
- Łoś mnie zaatakował... Rogami.
- I ty twierdzisz, że jestem zbyt łagodna, by polować, nic nie umiem, tratatata, tratatatata.
Zawstydzenie w jego oczach sprawiło mi satysfakcję. Potem jednak wrodzona wrażliwość dała o sobie znać, więc przystąpiłam do opatrywania jego rany liśćmi nasączonymi wodą z Wyroczni i kilkoma ziołami.
Zrezygnowana poszłam do Wyroczni. Tam zawsze wszystko stawało się jasne, przejrzyste. Problemy wydawały się śmieszne, irracjonalne, jakby odległe. Święte prawo wilków głosi, że jeśli do świętej wody w tym miejscu spadnie choć jedna kropla krwi, nawet zajęczej, ten, kto to zrobił, będzie przeklęty na zawsze. Dlatego szamani są wegetarianami, na szczęście mnie to nie dotyczy.
Zobaczyłam swoje odbicie w lustrzanej wodzie: zielone oczy, jedwabista sierść. Kiedyś jeden wilk zakochał się we mnie. To było dawno, ledwo wyrośliśmy ze szczeniactwa. Zadrżałam, gdy przypomniałam sobie, jaki los go spotkał. Splamił najświętszą ziemię Wyroczni, wdając się w bójkę o moje serce. Gdy wychodził, stratowało go stado łosi. Nigdy nie zapomnę widoku jego zakrwawionego trupa...
Pokręciłam głową. To się nigdy nie powtórzy, nigdy! Żeby zająć czymś myśli zaczęłam zbierać zioła i liście nadające się na opatrunki. Wróciłam do Jamy i ujrzałam Shade'a liżącego wielką ranę na boku.
- Byłem na polowaniu... - wyjaśnił zwięźle.
Zaśmiałam się. Ten szczeniak na polowaniu! Co próbował zabić? Niedźwiedzia?
- Na co liczyłeś? - powiedziałam kpiąco.
- Łoś mnie zaatakował... Rogami.
- I ty twierdzisz, że jestem zbyt łagodna, by polować, nic nie umiem, tratatata, tratatatata.
Zawstydzenie w jego oczach sprawiło mi satysfakcję. Potem jednak wrodzona wrażliwość dała o sobie znać, więc przystąpiłam do opatrywania jego rany liśćmi nasączonymi wodą z Wyroczni i kilkoma ziołami.
środa, 3 kwietnia 2013
Stamine
I znowu. Znowu biegłam przez las, zła na cały piekielny świat, w którym żyłam. Zmierzałam w linii prostej do Wyroczni, szybko jednak zmieniłam kierunek i miękko stąpając pobiegłam w stronę wybrzeża. Jasmine mogłaby mnie gonić i co wtedy? Nie chciałam jej towarzystwa, jej idiotycznego współczucia da mnie. Tak tęskniłam... tylko za czym? Za czymś co było kiedyś, ale ukrywało się w śród wirującej mgły w moim umyśle.
Czemu wcześniej kierowałam się do Wyroczni? Bo tam w cudowny sposób moje ataki znikały, jakby nigdy się nie pojawiły. Magia? Nie wiedziałam. Choć zawsze miałam wielkie poszanowanie do legend, to jednak historia o duchu wydawała mi się nieprawdopodobna. Może to splot energii? Wiem, że kiedyś o tym słyszałam. To znaczy, że kiedy w jakimś miejscu pojawią się zawirowania energii, czyli na przykład będzie tam odprawianych kilka rytuałów wymagających śmiertelnej ofiary z innego wilka, albo stoczone zostaną większe bitwy. Wtedy te zawirowania jakby się łączą tworząc coś na kształt umysłu, inteligentnego umysłu.
Usłyszałam kroki, wilcze. Brzmiały tak znajomo. Skądś je znałam. Nie były to kroki Jasmine ani Shade'a. Obcy wilk... nie, kilka wilków. Obce stado...
Nie miałam czasu na rozmyślania. Prawie pełznąc po ziemi, ruszyłam po śladach. Znajoma woń, niekoniecznie przyjazna, burzyła mi krew w żyłach. Adrenalina spotęgowała ból łba. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Myślami byłam daleko, i moje łapy gubiły rytm. Nagle upadłam. Może to i dobrze, zwłaszcza, że wilczy zapach palił mnie w nozdrza jeszcze bardziej niż zwykle. Zobaczyłam piętnaście obcych wilków.
Ból rozsadził mi czaszkę, ostatnimi resztkami sił powstrzymałam skowyt. Wiedziałam, co zobaczyłam , robiłam jednak wszystko by nie dopuścić do siebie tych myśli. Mgła szalała w mojej głowie, rozrywała ciało, atakowała mój umysł w niemej furii, mimo że słyszałam wybuchy dźwięku, widziałam feerię kolorów, czułam tysiące kłów i pazurów na swym ciele.
Już byłam przy wejściu do wyroczni, gdy wszystko znikło.
Nastała... Nicość.
Czemu wcześniej kierowałam się do Wyroczni? Bo tam w cudowny sposób moje ataki znikały, jakby nigdy się nie pojawiły. Magia? Nie wiedziałam. Choć zawsze miałam wielkie poszanowanie do legend, to jednak historia o duchu wydawała mi się nieprawdopodobna. Może to splot energii? Wiem, że kiedyś o tym słyszałam. To znaczy, że kiedy w jakimś miejscu pojawią się zawirowania energii, czyli na przykład będzie tam odprawianych kilka rytuałów wymagających śmiertelnej ofiary z innego wilka, albo stoczone zostaną większe bitwy. Wtedy te zawirowania jakby się łączą tworząc coś na kształt umysłu, inteligentnego umysłu.
Usłyszałam kroki, wilcze. Brzmiały tak znajomo. Skądś je znałam. Nie były to kroki Jasmine ani Shade'a. Obcy wilk... nie, kilka wilków. Obce stado...
Nie miałam czasu na rozmyślania. Prawie pełznąc po ziemi, ruszyłam po śladach. Znajoma woń, niekoniecznie przyjazna, burzyła mi krew w żyłach. Adrenalina spotęgowała ból łba. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Myślami byłam daleko, i moje łapy gubiły rytm. Nagle upadłam. Może to i dobrze, zwłaszcza, że wilczy zapach palił mnie w nozdrza jeszcze bardziej niż zwykle. Zobaczyłam piętnaście obcych wilków.
Ból rozsadził mi czaszkę, ostatnimi resztkami sił powstrzymałam skowyt. Wiedziałam, co zobaczyłam , robiłam jednak wszystko by nie dopuścić do siebie tych myśli. Mgła szalała w mojej głowie, rozrywała ciało, atakowała mój umysł w niemej furii, mimo że słyszałam wybuchy dźwięku, widziałam feerię kolorów, czułam tysiące kłów i pazurów na swym ciele.
Już byłam przy wejściu do wyroczni, gdy wszystko znikło.
Nastała... Nicość.
sobota, 30 marca 2013
Jasmine
Weszłam do Jamy akurat wtedy, gdy Stamine* wybiegała w noc. Nie musiałam się pytać, bo nieskrywana wściekłość Shade'a wyjaśniła mi wszystko. Z resztą jego krzyki słyszałam prawie przy wodospadzie.
- Musiałeś jej tak wygarnąć?! - Rzuciłam ostro (jak na mnie). Wiedziałam, że był głodny, ja też. Nie najesz się za bardzo zajęczyzną.
- Musiałem! Od trzech dni jemy tylko ryby, zające i od wielkiego dzwonu surykatki! Ona się nawet nie stara!
- Jak jesteś głodny, to sam sobie upoluj. Oddałabym życie za mustanga, ale to nie ten sezon.
- Ostatnie zdanie nie było adekwatne do mojej wcześniejszej wypowiedzi.
- Och, zamknij się - warknęłam i wybiegłam z Jamy poszukać siostry.
- Stamine!!! - krzyczałam, niestety bez skutku. Gdzie ona może być?! Postanowiłam iść jej tropem, ale był niewyraźny. Widocznie kluczyła między drzewami, jak zawsze, gdy jest zdenerwowana. Odszukanie jej w ten sposób było bez sensu. Na dokładkę zaczął padać deszcz.
Poczułam niemiłe ssanie w żołądku. Czas na śniadanie. Dopiero świtało, ale wszechobecne chmury sprawiały wrażenie środka nocy. Usłyszałam szelest krzaków za mną.
- O nie, znowu zajęczyzna - mruknęłam, ale to był wielki i ociężały łoś. Oblizałam się mimowolnie. Poczekałam na dogodny moment i rzuciłam się na niego. Powaliłam zwierzę jednym skokiem i równie szybko zabiłam. Popatrzyłam na broczącą krwią padlinę i powiedziałam do siebie - Och, Shade, na pewno się z tobą nie podzielę.
Po tych słowach z ochotą zabrałam się do jedzenia.
*Stamine występuje w poprzednim poście.
- Musiałeś jej tak wygarnąć?! - Rzuciłam ostro (jak na mnie). Wiedziałam, że był głodny, ja też. Nie najesz się za bardzo zajęczyzną.
- Musiałem! Od trzech dni jemy tylko ryby, zające i od wielkiego dzwonu surykatki! Ona się nawet nie stara!
- Jak jesteś głodny, to sam sobie upoluj. Oddałabym życie za mustanga, ale to nie ten sezon.
- Ostatnie zdanie nie było adekwatne do mojej wcześniejszej wypowiedzi.
- Och, zamknij się - warknęłam i wybiegłam z Jamy poszukać siostry.
- Stamine!!! - krzyczałam, niestety bez skutku. Gdzie ona może być?! Postanowiłam iść jej tropem, ale był niewyraźny. Widocznie kluczyła między drzewami, jak zawsze, gdy jest zdenerwowana. Odszukanie jej w ten sposób było bez sensu. Na dokładkę zaczął padać deszcz.
Poczułam niemiłe ssanie w żołądku. Czas na śniadanie. Dopiero świtało, ale wszechobecne chmury sprawiały wrażenie środka nocy. Usłyszałam szelest krzaków za mną.
- O nie, znowu zajęczyzna - mruknęłam, ale to był wielki i ociężały łoś. Oblizałam się mimowolnie. Poczekałam na dogodny moment i rzuciłam się na niego. Powaliłam zwierzę jednym skokiem i równie szybko zabiłam. Popatrzyłam na broczącą krwią padlinę i powiedziałam do siebie - Och, Shade, na pewno się z tobą nie podzielę.
Po tych słowach z ochotą zabrałam się do jedzenia.
*Stamine występuje w poprzednim poście.
piątek, 29 marca 2013
Stamine
Zmrużyłam ze złością oczy. Nigdzie nie mogłam natrafić na coś większego. Byłam przy Wyroczni, Wodospadzie, w głębi lasu, w okolicach wybrzeża... Sawanna to trochę za daleko, podobnie stoki. A na dokładkę piekielnie bolała mnie głowa. To znaczy, bolała mnie odkąd pamiętałam, tyle że mniej i o wiele rzadziej. To było jakby... Inne? Ale nie całkiem. Ten ból coś zwiastował...
Rozejrzałam się czujnie. Ani jeleń, ani łoś, ani nawet dzik. Będą źli, to jasne. Osobiście uważałam, że Jasmine i Shade to lenie. Nie miałam możliwości im tego wytknąć, choć kiedyś...
Mgła kłębiąca się w moim łbie jakby zawirowała. Była tam za... nie, nie zawsze. Nie wiedziałam od kiedy. Wspomnienia urywały się jakieś pół roku temu. To nie było normalne, choć ja nie widziałam w tym nic dziwnego. S...
Przechyliłam łeb, czując pustkę, jakbym szła do wyznaczonego celu, a nagle nie wiedziała co robię. Zapomnienie. Mgła okrywała dokładnie wszystko, co czułam, widziałam, słyszałam, z czego mogłam być dumna, co było powodem do wstydu, wszystkie te wybory, których dokonałam. Wilki, które...
Nie. - to słowo zabłysło w moim umyśle i pochłonęła je pustka. Po chwili pozostało tylko uczucie strachu i frustracji. Kim byłam wcześniej?
Nieważne, stwierdziłam w myślach. Nie muszę wiedzieć. Ruszyłam do jamy, a upiorna cisza panująca w lesie przywodziła ciszę przed burzą. Szybko znalazłam się obok wejścia. Z gracją przeskoczyłam po kamieniach wystających z bagna do groty. Jasmine nie było, kiedy się obudziłam, Shade wtedy spał. Teraz kręcił się w środku. Rzucił mi złe spojrzenie, to jasne, że był głodny. Warknęłam na niego.
- Jak jesteś głodny to coś sobie upoluj. To nie moja wina, że nic nie mogę wytropić.
- Szczeniak byłby lepszym łowcą od ciebie! - odpowiedział.
Ból nasilił się. Mimo iż dopiero wróciłam, poczułam nagłą ochotę, by uciec.Albo go ugryźć.
- Sam nie umiesz złapać królika, jaki to szczeniak, skoro jest lepszy ode mnie, to tym bardziej od ciebie! - zadrwiłam.
- Zamknij się!-usłyszałam w odpowiedzi. Miałam go dość. Nasze spory trwały już kilka tygodni.
Pojawienie się Jasmine* przeważyło szalę. Rzuciłam się w stronę lasu.
*Jasmine występuje w poprzednim poście.
Rozejrzałam się czujnie. Ani jeleń, ani łoś, ani nawet dzik. Będą źli, to jasne. Osobiście uważałam, że Jasmine i Shade to lenie. Nie miałam możliwości im tego wytknąć, choć kiedyś...
Mgła kłębiąca się w moim łbie jakby zawirowała. Była tam za... nie, nie zawsze. Nie wiedziałam od kiedy. Wspomnienia urywały się jakieś pół roku temu. To nie było normalne, choć ja nie widziałam w tym nic dziwnego. S...
Przechyliłam łeb, czując pustkę, jakbym szła do wyznaczonego celu, a nagle nie wiedziała co robię. Zapomnienie. Mgła okrywała dokładnie wszystko, co czułam, widziałam, słyszałam, z czego mogłam być dumna, co było powodem do wstydu, wszystkie te wybory, których dokonałam. Wilki, które...
Nie. - to słowo zabłysło w moim umyśle i pochłonęła je pustka. Po chwili pozostało tylko uczucie strachu i frustracji. Kim byłam wcześniej?
Nieważne, stwierdziłam w myślach. Nie muszę wiedzieć. Ruszyłam do jamy, a upiorna cisza panująca w lesie przywodziła ciszę przed burzą. Szybko znalazłam się obok wejścia. Z gracją przeskoczyłam po kamieniach wystających z bagna do groty. Jasmine nie było, kiedy się obudziłam, Shade wtedy spał. Teraz kręcił się w środku. Rzucił mi złe spojrzenie, to jasne, że był głodny. Warknęłam na niego.
- Jak jesteś głodny to coś sobie upoluj. To nie moja wina, że nic nie mogę wytropić.
- Szczeniak byłby lepszym łowcą od ciebie! - odpowiedział.
Ból nasilił się. Mimo iż dopiero wróciłam, poczułam nagłą ochotę, by uciec.Albo go ugryźć.
- Sam nie umiesz złapać królika, jaki to szczeniak, skoro jest lepszy ode mnie, to tym bardziej od ciebie! - zadrwiłam.
- Zamknij się!-usłyszałam w odpowiedzi. Miałam go dość. Nasze spory trwały już kilka tygodni.
Pojawienie się Jasmine* przeważyło szalę. Rzuciłam się w stronę lasu.
*Jasmine występuje w poprzednim poście.
czwartek, 28 marca 2013
Jasmine
Obudziłam się w środku nocy, a przynajmniej tak myślałam. Stamine spała jeszcze, ale nigdzie nie było widać Shade'a. Wyszłam przed Jamę i skierowałam się do wodospadu. Jeszcze nigdy w pełni nie doceniłam piękna tego miejsca (może dlatego, że dziś przyszłam tu pierwszy raz podczas pełni). Nagle dostrzegłam jakiś ruch. Mały zając kicał sobie beztrosko po drugiej stronie rzeki (zastanawiam się, w jaki sposób jeszcze mnie nie wyczuł). Poczułam głód po wczorajszych bezowocnych łowach, więc rzuciłam się na niego i rozszarpałam. Zjadłam mniej - więcej tyle, żeby mnie nie zemdliło (nienawidzę zajęczyzny) i pozwoliłam trupowi spłynąć rzeką w dół.
-No - powiedziałam do siebie - nawet delikatna i łagodna uzdrowicielka od czasu do czasu powinna coś zjeść.
Kiedy woda zabarwiła się na czerwono, z przerażeniem zauważyłam, że przed oczami staje mi obraz Dave'a wykrwawiającego się po ataku niedźwiedzia i mnie, nie mogącej nic zrobić. Nie potrafiłam uleczyć tak rozległych ran i po moim przyjacielu pozostała tylko czerwona plama na ziemi (jego truchło zostawiłam tam, gdzie umarł).
Odpędziłam od siebie tą wizję. Dave zginął i nic tego nie odwróci. Pomrugałam szybko, aby pozbyć się łez. Postanowiłam wrócić do Jamy i jeszcze trochę się przespać. Kiedy byłam blisko, do moich uszu doszły krzyki Stamine i Shade'a.
-No - powiedziałam do siebie - nawet delikatna i łagodna uzdrowicielka od czasu do czasu powinna coś zjeść.
Kiedy woda zabarwiła się na czerwono, z przerażeniem zauważyłam, że przed oczami staje mi obraz Dave'a wykrwawiającego się po ataku niedźwiedzia i mnie, nie mogącej nic zrobić. Nie potrafiłam uleczyć tak rozległych ran i po moim przyjacielu pozostała tylko czerwona plama na ziemi (jego truchło zostawiłam tam, gdzie umarł).
Odpędziłam od siebie tą wizję. Dave zginął i nic tego nie odwróci. Pomrugałam szybko, aby pozbyć się łez. Postanowiłam wrócić do Jamy i jeszcze trochę się przespać. Kiedy byłam blisko, do moich uszu doszły krzyki Stamine i Shade'a.
Subskrybuj:
Posty (Atom)