Skierowałem się do Jamy, znacznie wolniej niż Stamine, biegnąca w kierunku Wyroczni. Rana bolała, choć to było nic, w porównaniu z czasem zaraz po zranieniu. Jasmine wykonała kawał dobrej roboty. Stamine z resztą też, choć mogła mnie zabić tą wodą.
Potruchtałem między zaspy śniegu, kiedy wyczułem dziwny, nieznajomy zapach. Podążyłem za nim.
Znowu obcy? - pomyślałem, kiedy natrafiłem na ślady wilka, nie, kilku wilków. Wyczułem również subtelną woń przerażenia i wycieńczenia.
Zajrzałem za wzgórze, gdzie prowadziły tropy. Moim oczom ukazał się wilk o brązowej sierści, wyraźnie wyczerpany.
- Kim jesteś? - warknąłem na obcego. Ten zatrzymał się i chyba przez chwilę rozważał ucieczkę. W końcu jednak podszedł do mnie.
- Jestem Rasha. To twój teren? - zapytał cicho. Zrezygnowany. Aż mnie wzięło współczucie, prawie. Tego basiora musiała spotkać jakaś tragedia.
- Tak, jestem Alphą tutejszej watahy. - chyba słyszałem kroki. Czyli Stamine mnie szukała.
- Zaraz stąd pójdziemy, ale musieliśmy uciekać... - zaczął niejasno Rasha.
- Shade? - Stamine wystrzeliła zza pagórka ze swoją nieprawdopodobną prędkością. I zatrzymała się równie szybko, kiedy zauważyła Rashę.
- Co tu...? - zapytała zdumiona. Rasha spoglądał na nią w osłupieniu, pewnie zdziwiony jej prędkością.
- Rasha... i jego towarzysze przechodzili tędy. - wyjaśnił Shade - a co do szczegółów, to sam chciałbym wiedzieć.
Kiedy Stamine podeszła bliżej, Rasha opowiedział swoją i jeszcze sześciu wilków historię. Kiedyś należeli do jednego stada, jednak zajęli siłą terytorium innej watahy. Wilcza Straż interweniowała i wybiła połowę grupy, a resztę rozgoniła na cztery wiatry. Jedynymi wilkami spoza tamtego stada była Kinara, która od urodzenia błąkała się od watahy do watahy, ponieważ ponoć ciążyła na niej klątwa, a kiedy inni się o tym dowiadywali, natychmiast zostawała wygnana.
- Stamine? - spytałem. Teraz na serio chciałem pomóc temu wilkowi i jego towarzyszom, choćby na chwilę. Ale to zależało od Stam, czy poradzi sobie z tak dużą grupą, zwłaszcza, że nie miała nikogo do pomocy.
- Tutaj... nie, ale jeśli byśmy przeszli w pobliże sawanny, albo chociaż bardziej na zachód. Chyba mamy tam jakąś przestronną jamę? - odpowiedziała. Rozważyłem to szybko. Mogliśmy to zrobić. I tak w końcu musielibyśmy, bo zima szykowała się bardzo lodowata.
- Zawołaj pozostałych, Rasha, i chodźcie za nami. - powiedziałem do basiora.
- Ale po co? - ten tu kompletnie nie rozumiał. Stamine w końcu się nad nim ulitowała.
- Przenocujemy was, dopóki nie wstaniecie na nogi. -stwierdziła, po czym dodała z sarkazmem - I dziękuj mnie, a nie Shade'owi, bo to ja będę latać po sawannie jak wariatka w pogoni za waszym posiłkiem.
piątek, 13 grudnia 2013
Stamine
Moje łapy zapadały się w śnieżny puch, kiedy skradałam się razem z Alphą. Minął tydzień odkąd Rosette i Ollie przyszli do Jamy i Shade miał się o wiele lepiej, głównie dlatego, że męczyłam Jasmine, żeby przypomniała sobie wszystko, co jakkolwiek mogło pomóc basiorowi. Zawlokłam ją nawet na stoki, żeby zebrała zioła. W efekcie rana Shade'a wyglądała jak powierzchowne, niegroźne skaleczenie. Wróżba Rosette nie spełniła się. Dodatkowo, Alpha przechodził przyspieszony kurs łowiectwa, żeby coś takiego się nie powtórzyło. Od dwóch dni wyciągałam go z Jamy i tropiliśmy ślady zwierząt albo przedstawiałam mu wszystkie słabe i mocne punkty danej ofiary.
To był jeden z takich wypadów. Z zadowoleniem zauważyłam, że Alpha wziął na poważnie ćwiczenie i głęboko wdychał zimowe powietrze, starając się wyczuć jakąś zwierzynę.
- Tutaj... - trącił nosem śnieg i parsknął - jakiś kwadrans temu przeszły łosie. Dwa, nie, trzy.
- Owszem - jako wykwalifikowana łowczyni i tropicielka wyczułam ślad kilka metrów wcześniej, ale jak na zwykłego wilka poszło mu całkiem nieźle. O ile Alphę można brać za zwykłego wilka.
- O co chodziło z tamtymi śladami, które wyczułaś tydzień temu? - zapytał nagle. Oczywiście powiadomiłam Shade'a o tamtym zapachu, choć dopiero wczoraj zorientowałam się, że to woń towarzyszy Rosette, którzy na szczęście wynieśli się już z naszego terenu. Wyczułam ich wcześniej na Ollie'm.
- To byli prawdopodobnie ci towarzysze Rosette i Olliego. Ale sprawdziłam, już się wynieśli.
- Świetnie. Nie czułam się dobrze, gdy tu byli. A co z tamtymi wilkami? - kontynuował Shade, podążając tropem. Oczywiście, zwierzęta nie mogły nas usłyszeć, używaliśmy mowy wilczych umysłów.
- Są na granicy. Chyba odpoczywają, może czekają na rozkazy czy coś. - naprawdę nie wiedziałam. Shade pokiwał głową, a ja westchnęłam cicho. - lepiej chodźmy. Mamy już dość zwierzyny na kilka dni.
Ruszyliśmy w stronę Jamy, zostawiając tropy za sobą. Nagle przypomniałam sobie o czymś.
- Idź sam, zaraz do ciebie dołączę. Wezmę tylko trochę wody z Wyroczni. - z tym wiązała się pewna historia, a mianowicie, kilka dni temu, w nocy, tknęła mnie myśl, że skoro woda z Wyroczni pomogła mi, to może pomoże i Alphie, bo nie zaszkodzi, skoro mi też nic nie zrobiła. Poszłam tam i namoczyłam w niej liście jakiejś roślinki, chyba na trawienie, po czym dołożyłam do opatrunku Shade'a. Ranem rana wyglądała o niebo lepiej a Jasmine dostała bzika i chciała koniecznie polecieć po więcej tych liści, dopóki nie uświadomiłam jej, co zrobiłam w nocy.
- Dobry pomysł. - mruknął Shade, po czym ruszył do Jamy. Ja pomknęłam w kierunku Wyroczni.
To był jeden z takich wypadów. Z zadowoleniem zauważyłam, że Alpha wziął na poważnie ćwiczenie i głęboko wdychał zimowe powietrze, starając się wyczuć jakąś zwierzynę.
- Tutaj... - trącił nosem śnieg i parsknął - jakiś kwadrans temu przeszły łosie. Dwa, nie, trzy.
- Owszem - jako wykwalifikowana łowczyni i tropicielka wyczułam ślad kilka metrów wcześniej, ale jak na zwykłego wilka poszło mu całkiem nieźle. O ile Alphę można brać za zwykłego wilka.
- O co chodziło z tamtymi śladami, które wyczułaś tydzień temu? - zapytał nagle. Oczywiście powiadomiłam Shade'a o tamtym zapachu, choć dopiero wczoraj zorientowałam się, że to woń towarzyszy Rosette, którzy na szczęście wynieśli się już z naszego terenu. Wyczułam ich wcześniej na Ollie'm.
- To byli prawdopodobnie ci towarzysze Rosette i Olliego. Ale sprawdziłam, już się wynieśli.
- Świetnie. Nie czułam się dobrze, gdy tu byli. A co z tamtymi wilkami? - kontynuował Shade, podążając tropem. Oczywiście, zwierzęta nie mogły nas usłyszeć, używaliśmy mowy wilczych umysłów.
- Są na granicy. Chyba odpoczywają, może czekają na rozkazy czy coś. - naprawdę nie wiedziałam. Shade pokiwał głową, a ja westchnęłam cicho. - lepiej chodźmy. Mamy już dość zwierzyny na kilka dni.
Ruszyliśmy w stronę Jamy, zostawiając tropy za sobą. Nagle przypomniałam sobie o czymś.
- Idź sam, zaraz do ciebie dołączę. Wezmę tylko trochę wody z Wyroczni. - z tym wiązała się pewna historia, a mianowicie, kilka dni temu, w nocy, tknęła mnie myśl, że skoro woda z Wyroczni pomogła mi, to może pomoże i Alphie, bo nie zaszkodzi, skoro mi też nic nie zrobiła. Poszłam tam i namoczyłam w niej liście jakiejś roślinki, chyba na trawienie, po czym dołożyłam do opatrunku Shade'a. Ranem rana wyglądała o niebo lepiej a Jasmine dostała bzika i chciała koniecznie polecieć po więcej tych liści, dopóki nie uświadomiłam jej, co zrobiłam w nocy.
- Dobry pomysł. - mruknął Shade, po czym ruszył do Jamy. Ja pomknęłam w kierunku Wyroczni.
Stamine
Biegłam cicho, tropiąc stadko saren. Ostatnie dni obfitowały w emocje. Teraz miałam czas, by je przemyśleć - choć niedawno zmęczenie zwalało mnie z łap. Jasmine chwaliła się, że kiedy mnie nie było (czyli trzy dni) bardzo dużo polowała, ale na mój nos, najwyżej raz coś złowiła, i właśnie dostałam potwierdzenie, bo po trzech godzinach w lesie nie złapała niczego, nawet zająca. Miałam na głowie do wykarmienia nie dwa wilki, lecz cztery, nie licząc samej siebie. Musiałam spisać się lepiej niż Jasmine.
Bandaże przemokły mi od śniegu, który obficie spadł w nocy. Truchtałam miarowo, bo nie bałam się zgubienia tropów. To właśnie największa zaleta śniegu: kiedy już nie pada, wszystkie ślady są doskonale widoczne. Te tutaj właśnie się wgłębiały, więc stado musiało zatrzymać się gdzieś niedaleko. Przyspieszyłam.
Rosette i Ollie byli dla mnie zagadką. Mówili coś o stadzie, swoim stadzie, i chcieli przekonać Jas żeby dołączyła do niego - a z Jasmine nie ma niestety pożytku innego niż przy uzdrawianiu, co znaczy, że któryś wilk z grupy, o której mówiło rodzeństwo, jest chory bądź ranny.
Moim oczom ukazała się polana mojego stadka, a na niej dziesięć wspaniałych saren spokojnie pasących się wystającą z pod śniegu trawą. Nie wyczuły mnie, więc w spokoju wybrałam dwie sztuki na cel: jedna miała ranną nogę, a druga trzymała się blisko zranionej, była więc szansa, że nie opuści towarzyszki zbyt szybko. Upewniłam się, że zatrzymują się tu na dłużej i podeszłam jak najbliżej saren. Jedna, ta zdrowa,nieświadoma zagrożenia, położyła się na śniegu. To był sygnał dla mnie, wybiegłam z krzaków i skoczyłam rannej na zad. Kłami rozorałam skórę, a krew zalała mi szczękę. Ta pode mną padła. Nie tracąc czasu ruszyłam, powarkując w stronę tej drugiej, która na mój widok rzuciła się do ucieczki. Z dzikim charkotem pognałam za sarną, rozkoszując się polowaniem. Naraz dogoniłam zwierzę i wbiłam zęby w jej zad. Zapiszczała i wyrzuciła w górę tylne nogi, prawie pozbawiając mnie łba. Puściłam i obeszłam ją. Po chwili zaatakowałam jej przednią nogę. Na koniec połamałam jej kości w kręgosłupie, żeby się nie wyrywała.
Zawyłam, jako znak dla stada, i pociągnęłam truchło do tej drugiej.Głód dawał mi się we znaki, więc zajęłam dla siebie korpus tej pierwszej. Krew łupów wymieszała się z moją własną, zorientowałam się, że jestem ranna. Znużona,potruchtałam w kierunku strumienia i ułożyłam się na śniegu pomiędzy zaspami. Zasnęłabym od razu, gdyby nie dziwny, znajomo-nieznajomy zapach.
Bandaże przemokły mi od śniegu, który obficie spadł w nocy. Truchtałam miarowo, bo nie bałam się zgubienia tropów. To właśnie największa zaleta śniegu: kiedy już nie pada, wszystkie ślady są doskonale widoczne. Te tutaj właśnie się wgłębiały, więc stado musiało zatrzymać się gdzieś niedaleko. Przyspieszyłam.
Rosette i Ollie byli dla mnie zagadką. Mówili coś o stadzie, swoim stadzie, i chcieli przekonać Jas żeby dołączyła do niego - a z Jasmine nie ma niestety pożytku innego niż przy uzdrawianiu, co znaczy, że któryś wilk z grupy, o której mówiło rodzeństwo, jest chory bądź ranny.
Moim oczom ukazała się polana mojego stadka, a na niej dziesięć wspaniałych saren spokojnie pasących się wystającą z pod śniegu trawą. Nie wyczuły mnie, więc w spokoju wybrałam dwie sztuki na cel: jedna miała ranną nogę, a druga trzymała się blisko zranionej, była więc szansa, że nie opuści towarzyszki zbyt szybko. Upewniłam się, że zatrzymują się tu na dłużej i podeszłam jak najbliżej saren. Jedna, ta zdrowa,nieświadoma zagrożenia, położyła się na śniegu. To był sygnał dla mnie, wybiegłam z krzaków i skoczyłam rannej na zad. Kłami rozorałam skórę, a krew zalała mi szczękę. Ta pode mną padła. Nie tracąc czasu ruszyłam, powarkując w stronę tej drugiej, która na mój widok rzuciła się do ucieczki. Z dzikim charkotem pognałam za sarną, rozkoszując się polowaniem. Naraz dogoniłam zwierzę i wbiłam zęby w jej zad. Zapiszczała i wyrzuciła w górę tylne nogi, prawie pozbawiając mnie łba. Puściłam i obeszłam ją. Po chwili zaatakowałam jej przednią nogę. Na koniec połamałam jej kości w kręgosłupie, żeby się nie wyrywała.
Zawyłam, jako znak dla stada, i pociągnęłam truchło do tej drugiej.Głód dawał mi się we znaki, więc zajęłam dla siebie korpus tej pierwszej. Krew łupów wymieszała się z moją własną, zorientowałam się, że jestem ranna. Znużona,potruchtałam w kierunku strumienia i ułożyłam się na śniegu pomiędzy zaspami. Zasnęłabym od razu, gdyby nie dziwny, znajomo-nieznajomy zapach.
poniedziałek, 15 lipca 2013
Jasmine
- A... o co konkretnie chodzi? To Rosette, ona... ma dar. Pomaga nam. Shade'owi.
- Więc?
- Powiedziała, że przeżyje. Ale... może być... kaleką...
"Głupia, nadwrażliwa, słaba idiotka!" - wymyślałam sobie w duchu. Za swój ton, za drżenie głosu i za łzy - "Takie rzeczy się zdarzają, a ty nie możesz nic na to poradzić!"
Stamine zmiażdżyła Rose spojrzeniem.
- Odzyskałam pamięć, wiesz? - rzuciła w przestrzeń, nie wiadomo, do kogo.
- To... - zastanowiłam się krótko - To cudownie.
- Taak... - nadal wpatrywała się w Rose spod zmrużonych powiek.
[Jas: Stam, dokończ]
[Stam: Już]
Nie wiedziałam, po co Rosette tu przyszła, a tym bardziej, po kiego grzyba zabrała ze sobą Olliego. Skoro przewiduje przyszłość, mogła się spodziewać, że wywalę ją stąd na zbity pysk. A w każdym razie, że będę miała taki zamiar.
- Stamine, przestań. - skuliłam się pod siłą tego głosu. Shade przyglądał mi się z pod zmrużonych powiek, dał radę wstać. Kiedy zobaczyłam w jakim jest stanie, tak naprawdę, zamurowało mnie. Parsknęłam cicho i odwróciłam się od Rosette. Shade. Dziwne, że nadal mu ulegałam, skoro był taki słaby. Mimo to posłuchałam jego rozkazu: "nie teraz".
- Co tutaj robicie? - jego ton nie był raczej agresywny, bardziej po prostu ostrożny. Ollie wyszedł z cienia.
- Przewidziałam... - zaczęła Rosette, jednak jej brat przerwał waderze wypowiedź.
- Słyszeliśmy pogłoski, że tutejsze stado się wyniosło. No i... o Straży, że interesuje się tymi terenami. Wysłali nas, żebyśmy to sprawdzili. Mnie, Rose i jeszcze dwa wilki. Lorę i Damy. - całkiem sporo faktów, ale wyraźnie czułam, że nie chce narazić się Shade'owi mówiąc coś jeszcze. Coś ważnego. Coś, co miało związek z Jasmine.
- Stamine, co się działo, że na tyle zniknęłaś? - zapytał teraz Shade. A niech to, miałam nadzieję, że chociaż część zachowam dla siebie, a teraz musiałam powiedzieć wszystko.
- Bardzo bolała mnie głowa, pokłóciliśmy się, bo zwierzyna wyemigrowała na sawannę, a nasza jama była za daleko. Wybiegłam do lasu, w kierunku wybrzeża, wyczułam obce wilki. To był tak jakby atak, jakbym połamała sobie czaszkę, tak bolało, i się potęgowało. Tych wilków było około piętnastu - relacjonowałam szybko. - Pobiegłam do Wyroczni, bo tam zwykle to ustawało... straciłam świadomość, na jakieś dwa dni. Kiedy się obudziłam, pamiętałam wszystko. To co było kiedyś. No nie wszystko, ale większość. To było naprawdę dziwne, bo wspomnienia zaczęły mi znowu zanikać a... a ja zanurzyłam się w wodzie z Wyroczni - dokończyłam niezdarnie, a Jasmine jęknęła z przerażeniem i zaczęła patrzeć na mniej, jakby miał mi odpaść ogon.
- W każdym razie, byłam w opłakanym stanie, choć wreszcie nie miałam tych bóli i zaników pamięci. Upolowałam coś na ząb i musiałam zasnąć, bo jak się ocknęłam, był ranek. No i pobiegłam tutaj. - zakończyłam swoją opowieść. Shade pokiwał głową. Na szczęście o nic już nie pytał.
- Piętnaście wilków...z Wilczej Straży... - Jasmine była bliska omdlenia. Wywróciłam oczami.
- Czego się spodziewasz? Że pozabijają nas bezpardonowo?
- No... no w sumie to tak... - powiedziała. Opuściłam łeb, grzebiąc pazurami w ziemi.
- Nie zrobią tego. Nie ma wojny między klanami, nie zrobiliśmy nic co mogłoby ich zaniepokoić. Ktoś pewnie podał im fałszywą plotkę - świerzbiło mnie, żeby przy tym spojrzeć na Rosette, ale się opanowałam.
- To dobrze - westchnął Shade - nie wiem jak wy, ale ja chcę tylko spać.
- Odpoczywaj - poradziła mu Jasmine - ja pójdę na polowanie.
Uniosłam brwi. Jas i polowanie? Dobre sobie.
- Więc?
- Powiedziała, że przeżyje. Ale... może być... kaleką...
"Głupia, nadwrażliwa, słaba idiotka!" - wymyślałam sobie w duchu. Za swój ton, za drżenie głosu i za łzy - "Takie rzeczy się zdarzają, a ty nie możesz nic na to poradzić!"
Stamine zmiażdżyła Rose spojrzeniem.
- Odzyskałam pamięć, wiesz? - rzuciła w przestrzeń, nie wiadomo, do kogo.
- To... - zastanowiłam się krótko - To cudownie.
- Taak... - nadal wpatrywała się w Rose spod zmrużonych powiek.
[Jas: Stam, dokończ]
[Stam: Już]
Nie wiedziałam, po co Rosette tu przyszła, a tym bardziej, po kiego grzyba zabrała ze sobą Olliego. Skoro przewiduje przyszłość, mogła się spodziewać, że wywalę ją stąd na zbity pysk. A w każdym razie, że będę miała taki zamiar.
- Stamine, przestań. - skuliłam się pod siłą tego głosu. Shade przyglądał mi się z pod zmrużonych powiek, dał radę wstać. Kiedy zobaczyłam w jakim jest stanie, tak naprawdę, zamurowało mnie. Parsknęłam cicho i odwróciłam się od Rosette. Shade. Dziwne, że nadal mu ulegałam, skoro był taki słaby. Mimo to posłuchałam jego rozkazu: "nie teraz".
- Co tutaj robicie? - jego ton nie był raczej agresywny, bardziej po prostu ostrożny. Ollie wyszedł z cienia.
- Przewidziałam... - zaczęła Rosette, jednak jej brat przerwał waderze wypowiedź.
- Słyszeliśmy pogłoski, że tutejsze stado się wyniosło. No i... o Straży, że interesuje się tymi terenami. Wysłali nas, żebyśmy to sprawdzili. Mnie, Rose i jeszcze dwa wilki. Lorę i Damy. - całkiem sporo faktów, ale wyraźnie czułam, że nie chce narazić się Shade'owi mówiąc coś jeszcze. Coś ważnego. Coś, co miało związek z Jasmine.
- Stamine, co się działo, że na tyle zniknęłaś? - zapytał teraz Shade. A niech to, miałam nadzieję, że chociaż część zachowam dla siebie, a teraz musiałam powiedzieć wszystko.
- Bardzo bolała mnie głowa, pokłóciliśmy się, bo zwierzyna wyemigrowała na sawannę, a nasza jama była za daleko. Wybiegłam do lasu, w kierunku wybrzeża, wyczułam obce wilki. To był tak jakby atak, jakbym połamała sobie czaszkę, tak bolało, i się potęgowało. Tych wilków było około piętnastu - relacjonowałam szybko. - Pobiegłam do Wyroczni, bo tam zwykle to ustawało... straciłam świadomość, na jakieś dwa dni. Kiedy się obudziłam, pamiętałam wszystko. To co było kiedyś. No nie wszystko, ale większość. To było naprawdę dziwne, bo wspomnienia zaczęły mi znowu zanikać a... a ja zanurzyłam się w wodzie z Wyroczni - dokończyłam niezdarnie, a Jasmine jęknęła z przerażeniem i zaczęła patrzeć na mniej, jakby miał mi odpaść ogon.
- W każdym razie, byłam w opłakanym stanie, choć wreszcie nie miałam tych bóli i zaników pamięci. Upolowałam coś na ząb i musiałam zasnąć, bo jak się ocknęłam, był ranek. No i pobiegłam tutaj. - zakończyłam swoją opowieść. Shade pokiwał głową. Na szczęście o nic już nie pytał.
- Piętnaście wilków...z Wilczej Straży... - Jasmine była bliska omdlenia. Wywróciłam oczami.
- Czego się spodziewasz? Że pozabijają nas bezpardonowo?
- No... no w sumie to tak... - powiedziała. Opuściłam łeb, grzebiąc pazurami w ziemi.
- Nie zrobią tego. Nie ma wojny między klanami, nie zrobiliśmy nic co mogłoby ich zaniepokoić. Ktoś pewnie podał im fałszywą plotkę - świerzbiło mnie, żeby przy tym spojrzeć na Rosette, ale się opanowałam.
- To dobrze - westchnął Shade - nie wiem jak wy, ale ja chcę tylko spać.
- Odpoczywaj - poradziła mu Jasmine - ja pójdę na polowanie.
Uniosłam brwi. Jas i polowanie? Dobre sobie.
czwartek, 6 czerwca 2013
*Stamine (cześć II)
***
Lekkim truchtem biegłam przez las. Mogłam tak długo - ciepłe promienie słońca oświetlały mi łapy, powietrze przynosiło zapach czystej, źródlanej wody, byłam wypoczęta i syta, zniknął wszelki ból.Wreszcie miałam przejrzyste myśli. Jednym słowem, sielanka. Mimo tego, czułam supeł gdzieś głębiej. Obce wilki. Tak, teraz rozumiałam, kim oni byli. Ale czemu Wilcza Straż weszła na nasz teren? Co zrobiliśmy, by ich sprowokować? A jeśli już zaatakowali? Tak długo mnie nie było, straciłam kilka tygodni. Nastała jesień, a zima, czułam to, przyjdzie wcześnie tego roku. Pora Gołych Pni zastąpi Czas Rudych Kobierców. Ukochałam sobie ten czas, kiedy zamarzają wody. Urodziłam się wtedy, znalazłam partnera... który, jeśli żył, był przekonany o jej śmierci. To już nie takie radosne. Ale ważna była pamięć.
Prześlizgnęłam się pod zwalonym pniem, i ruszyłam znaną mi ścieżką do Jamy. Dom... zdałam sobie sprawę, że nazywam tak siedzibę naszego trzy-osobowego stada. Aż tak się zmieniłam?
Z roztargnienia walnęłam łbem o drzewo przede mną. Potrząsnęłam poszkodowaną częścią ciała i wpadłam do Jamy. Przez chwilę patrzyłam na obcą wilczycę w naszej kryjówce. Jasmine stała obok niej, pochylając łeb nad Alphą. Shade był cały w ranach, ledwo żył. Znieruchomiałam i zmarszczyłam pysk, węsząc w powietrzu. Głuche warczenie wydobywało się z miejsca głęboko w mojej klatce piersiowej.
- Jasmine, co to jest?! - zapytałam z niesamowitym spokojem w głosie. Niedobrze...dla obcej.
O tak.
[Jas, dokończ]
środa, 29 maja 2013
Jasmine
Stałam nad wodospadem i wyłam do księżyca.
Po raz pierwszy w życiu naprawdę robiłam to z rozpaczy. Shade ledwie żył, Stamine wciąż nie było, a zima nadchodziła nieubłaganie. Wieczorem robiło się chłodno, a nocą temperatura spadała czasem nawet poniżej zera. O jedzenie było coraz trudniej...
A ja, zamiast cokolwiek robić, stałam nad wodospadem i wyłam do księżyca.
Jego srebrna tarcza, która tak niedawno ocaliła Shade'owi życie, powoli bledła, by zupełnie zniknąć w poświacie wschodzącego słońca. Długie cienie kładły się na ziemi. Jeden z nich należał do białej wilczycy, stojącej po drugiej stronie rzeki. Powinnam ją wyczuć, ale oczywiście byłam zbyt zajęta pogrążaniem się w rozpaczy.
Wilczyca miała niebieskie uszy i znaki pod okiem. Skądś ją kojarzyłam, ale... Przed oczami stanęły mi obrazy. Niedźwiedź. Dave wykrwawiający się na śmierć. Ja, stojąca w tym samym miejscu, co teraz. Krew w rzece. Rosette wychodzi zza drzew...
Rosette.
-Długo cię szukałam.
Jej głos był ochrypnięty, jakby nie mówiła od dłuższego czasu. Spojrzałam jej w oczy. Tak, to te same, ciemnoniebieskie, których tak strasznie zazdrościł jej Dave...
Pomyślałam o Olliem, małym szczeniaku, jej najmłodszym bracie. Ledwie to zrobiłam, wyszedł zza siostry. Był starszy. Granatowe futro zgęstniało, białe znaki na nim powiększyły się. Kasztanowe oczy czujnie obserwowały otoczenie. Półtoraroczny, młody wilk. Tak niepodobny do swojego rodzeństwa, a w szczególności do Dave'a...
-Co wy tu robicie? - nie kryłam zdziwienia.
-Jasmine - odezwała się Rosette delikatnie - Widzę, że tułasz się po świecie samotnie. Odkąd Stamine i Caleb uciekli, miałaś tylko rodziców... Aż do ich śmierci.
-Do czego zmierzasz?
-Och, chciałabym... może przyłączyłabyś się do naszej Watahy Białej Wody? Mamy dobrego Alphę, Ollie szkoli się na łowcę... Będzie ci tam dobrze!
-Rose... ja nie mogę. Mój Alpha, Alpha mojego stada jest ciężko ranny. Nie mogę go teraz opuścić.
-Jasmine, jeśli ty, uzdrowicielka, mu nie pomogłaś, któż to zrobi?
-Nie wiem... Zaraz! - wykrzyknęłam - Twoja moc! Potrafisz przewidzieć przyszłość!
-To nie tak... To są tylko przeczucia, nic więcej.
-Ale za to zawsze się sprawdzają!
Pognałam do Jamy tak szybko, że Ollie i Rose za mną nie nadążali. Shade leżał tam, gdzie wcześniej. Nie zjadł ani jednej ryby, które mu zostawiłam. Ropa sączyła się z jego rany.
Rose zamknęła oczy. Ona również nie mogła patrzeć na czyjeś cierpienie. To nasiliło się od śmierci Dave'a.
-I co? - spytałam z trwogą.
-On... przeżyje...
Kamień spadł mi z serca. Odetchnęłam z ulgą.
-Poczekaj, Jasmine. Możliwe, że nigdy już nie będzie biegał, polował... Chodził.
Cieszyłam się, że Shade jednak nie umrze. Ale jego smutek dobijał się do moich drzwi, do mojego umysłu. I kiedy zobaczyłam łzę toczącą się po jego pysku, również zaczęłam płakać.
Po raz pierwszy w życiu naprawdę robiłam to z rozpaczy. Shade ledwie żył, Stamine wciąż nie było, a zima nadchodziła nieubłaganie. Wieczorem robiło się chłodno, a nocą temperatura spadała czasem nawet poniżej zera. O jedzenie było coraz trudniej...
A ja, zamiast cokolwiek robić, stałam nad wodospadem i wyłam do księżyca.
Jego srebrna tarcza, która tak niedawno ocaliła Shade'owi życie, powoli bledła, by zupełnie zniknąć w poświacie wschodzącego słońca. Długie cienie kładły się na ziemi. Jeden z nich należał do białej wilczycy, stojącej po drugiej stronie rzeki. Powinnam ją wyczuć, ale oczywiście byłam zbyt zajęta pogrążaniem się w rozpaczy.
Wilczyca miała niebieskie uszy i znaki pod okiem. Skądś ją kojarzyłam, ale... Przed oczami stanęły mi obrazy. Niedźwiedź. Dave wykrwawiający się na śmierć. Ja, stojąca w tym samym miejscu, co teraz. Krew w rzece. Rosette wychodzi zza drzew...
Rosette.
-Długo cię szukałam.
Jej głos był ochrypnięty, jakby nie mówiła od dłuższego czasu. Spojrzałam jej w oczy. Tak, to te same, ciemnoniebieskie, których tak strasznie zazdrościł jej Dave...
Pomyślałam o Olliem, małym szczeniaku, jej najmłodszym bracie. Ledwie to zrobiłam, wyszedł zza siostry. Był starszy. Granatowe futro zgęstniało, białe znaki na nim powiększyły się. Kasztanowe oczy czujnie obserwowały otoczenie. Półtoraroczny, młody wilk. Tak niepodobny do swojego rodzeństwa, a w szczególności do Dave'a...
-Co wy tu robicie? - nie kryłam zdziwienia.
-Jasmine - odezwała się Rosette delikatnie - Widzę, że tułasz się po świecie samotnie. Odkąd Stamine i Caleb uciekli, miałaś tylko rodziców... Aż do ich śmierci.
-Do czego zmierzasz?
-Och, chciałabym... może przyłączyłabyś się do naszej Watahy Białej Wody? Mamy dobrego Alphę, Ollie szkoli się na łowcę... Będzie ci tam dobrze!
-Rose... ja nie mogę. Mój Alpha, Alpha mojego stada jest ciężko ranny. Nie mogę go teraz opuścić.
-Jasmine, jeśli ty, uzdrowicielka, mu nie pomogłaś, któż to zrobi?
-Nie wiem... Zaraz! - wykrzyknęłam - Twoja moc! Potrafisz przewidzieć przyszłość!
-To nie tak... To są tylko przeczucia, nic więcej.
-Ale za to zawsze się sprawdzają!
Pognałam do Jamy tak szybko, że Ollie i Rose za mną nie nadążali. Shade leżał tam, gdzie wcześniej. Nie zjadł ani jednej ryby, które mu zostawiłam. Ropa sączyła się z jego rany.
Rose zamknęła oczy. Ona również nie mogła patrzeć na czyjeś cierpienie. To nasiliło się od śmierci Dave'a.
-I co? - spytałam z trwogą.
-On... przeżyje...
Kamień spadł mi z serca. Odetchnęłam z ulgą.
-Poczekaj, Jasmine. Możliwe, że nigdy już nie będzie biegał, polował... Chodził.
Cieszyłam się, że Shade jednak nie umrze. Ale jego smutek dobijał się do moich drzwi, do mojego umysłu. I kiedy zobaczyłam łzę toczącą się po jego pysku, również zaczęłam płakać.
wtorek, 21 maja 2013
*Stamine ( I część)
Otworzyłam oczy. Obraz na zmianę ciemniał i rozjaśniał się, co chwila sklepienie jaskini, w której się znalazłam, błyskało niczym Supernova. Drgnęłam niespokojnie. Zorientowałam się się, że leżę nad źródłem Wyroczni. Była to chyba jedyna rzecz, której mogłam być pewna, ponieważ miałam okropne zawroty głowy. Świat szaleńczo wirował...Czułam się pusta i słaba, i wszystko mi się mieszało. Myśli kręciły się razem z rzeczywistością. Nie wiedziałam co i jak.
Na szczęście zawroty powoli ustawały i wkrótce mogłam stanąć na czterech łapach, choć zataczałam się niczym jeszcze ślepe szczenię. Co się za mną stało? Myślami wróciłam do ostatnich zapamiętanych zdarzeń.
Moja złość na Alphę... nie.
Wyrocznia... też nie.
Biały Alpha... i sąd nad Stadem z okolic jeziora Leony... Inne wilki - Rissey, Cono, Ir'achalii...
To było dawno! Ile czasu temu? Z czasów Wilczej Straży...
Nie!
Odsunęłam od siebie wszystkie wspomnienia, skupiając się na najwcześniejszym, jakie miałam.
Wiał ciepły wiatr, a w powietrzu czuć było stado. Rodzice, młodsza siostra i starsi bracia spałi w norze. Inni członkowie watahy gotowali się do snu. Na zewnątrz siedziałam tylko ja. Z doliny dobiegło mnie wycie - tęskne, melancholijne. Odpowiedziałam na ten zew, wyjąc do srebrnej tarczy księżyca. Tylko tyle mogłam zrobić. Stado weszło na wojenną ścieżkę. Nie obchodziło mnie to - moje serce rozpadło się na kawałki. I jeszcze to, co planowali - wymordować wszystkich z obcej watahy - sprawiło, że straciłam szacunek dla stada. A w myślach słyszałam ciągle "Stoją na straży porządku i pokoju - bez Sage'Li Wolne Stada dawno przestałyby istnieć"...
I następne, które wyryło się w mojej pamięci.
Był wieczór, gwiazdy lśniły na bezchmurnym niebie. Starsi członkowie watahy zgromadzili się w kręgu, by omówić zbliżającą się walkę - w tej chwili jednak ich uwaga skupiała się na mnie. Stałam przed matką, jeżąc sierść. Warczałyśmy na siebie.
-...Tak! Tak, zamierzam zdradzić stado, jeśli dzięki temu nie dojdzie do walki! Łamiecie wszelkie prawa! - zawołałam przez zaciśnięte zęby. - I wy mnie nie powstrzymacie!
- Jak... śmiesz! Jak śmiesz choćby myśleć o zdradzie! - wykrzyknęła matka. Patrzyła na mnie z wściekłością, nienawiścią. W jej oczach byłam głupią, młodą wilczycą, która przeżywała szczenięcą miłość. Nie rozumiała, że już dawno nie o to chodzi. To było coś większego.
- Dość! - warknęłam - Nie mam już stada! Nie zamierzam brać udziału w czymś takim! - odwróciłam się i pognałam w las. Wataha wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Matka drżała z bezsilnej złości. Wyszłaby na niezrównoważoną, gdyby mnie zaatakowała.
- Stamine! Stam, chyba nie mówisz poważnie... - głos Caleba, mojego starszego brata, przebił się przez czerwoną mgiełkę wściekłości na matkę, stado, na wszystko. Jak mogli tego nie widzieć? Że to co robią, to nie jest już zwykła walka, to szaleństwo!
Wbiegłam w las, ignorując mojego brata "bliźniaka", drugiego i ostatniego z miotu. Cal nie ustępował jednak, pobiegł za mną w las.
- Stamine... Zaczekaj... - jęknął. Przyspieszyłam. Bycie najszybszym w stadzie miało swoje zalety. Brat był jednak nieustępliwy.
- Stam, Stój! - warknął. Zagrodził mi drogę, ostro skręcając. Przystanęłam.
- Czego chcesz?! - spytałam ostro.
- Porozmawiać - stwierdził spokojnie. Był tym w stadzie, który myślał "naprawdę" logicznie. Nigdy go nie ponosiło. Ja byłam tą od wybuchów emocji. Nie moja wina, nie umiałam ich dusić.
- Dobrze. - zmusiłam się do uspokojenia. Potem dodałam ciszej: - jeśli dzięki temu się odczepisz...
Wywrócił oczami, ale odpowiedział:
- Nie mówiłaś poważnie. Stam, pewnie cię poniosło... Musisz się uspokoić. Trav i tak pewnie tylko się tobą bawił, a... - stwierdził Caleb.
- To nie ma nic do rzeczy! - warknęłam.
- ... a stado nic nie robi... - dokończył stanowczo.
- Nic?! Wybijanie watahy w pień to jest nic?! Ty chyba zwariowałeś! Nie mogę pozwolić, żeby to się dokonało... - zawołałam - I nie próbuj mnie powstrzymywać... nie wygrasz ze mną!
- Nie zamierzam.
- To co zrobisz? Wrócisz do watahy i powiesz matce, żeby wysłała za mną innych? - spytałam nieufnie.
- Nie. Nie przekonam cię, prawda? - zapytał i zaśmiał się lekko. - Pójdę z tobą, czy tego chcesz czy nie. - odpowiedział mi niemal radośnie.
- Ale... - powiedziałam zdezorientowana. Przez chwilę plątałam się w słowach, by w końcu powiedzieć: - A niech cie piorun trzaśnie, Caleb. Jesteś niemożliwy.
- Wiem! - stwierdził mój braciszek z uśmiechem - I dlatego mnie lubisz!
Na szczęście zawroty powoli ustawały i wkrótce mogłam stanąć na czterech łapach, choć zataczałam się niczym jeszcze ślepe szczenię. Co się za mną stało? Myślami wróciłam do ostatnich zapamiętanych zdarzeń.
Moja złość na Alphę... nie.
Wyrocznia... też nie.
Biały Alpha... i sąd nad Stadem z okolic jeziora Leony... Inne wilki - Rissey, Cono, Ir'achalii...
To było dawno! Ile czasu temu? Z czasów Wilczej Straży...
Nie!
Odsunęłam od siebie wszystkie wspomnienia, skupiając się na najwcześniejszym, jakie miałam.
Wiał ciepły wiatr, a w powietrzu czuć było stado. Rodzice, młodsza siostra i starsi bracia spałi w norze. Inni członkowie watahy gotowali się do snu. Na zewnątrz siedziałam tylko ja. Z doliny dobiegło mnie wycie - tęskne, melancholijne. Odpowiedziałam na ten zew, wyjąc do srebrnej tarczy księżyca. Tylko tyle mogłam zrobić. Stado weszło na wojenną ścieżkę. Nie obchodziło mnie to - moje serce rozpadło się na kawałki. I jeszcze to, co planowali - wymordować wszystkich z obcej watahy - sprawiło, że straciłam szacunek dla stada. A w myślach słyszałam ciągle "Stoją na straży porządku i pokoju - bez Sage'Li Wolne Stada dawno przestałyby istnieć"...
I następne, które wyryło się w mojej pamięci.
Był wieczór, gwiazdy lśniły na bezchmurnym niebie. Starsi członkowie watahy zgromadzili się w kręgu, by omówić zbliżającą się walkę - w tej chwili jednak ich uwaga skupiała się na mnie. Stałam przed matką, jeżąc sierść. Warczałyśmy na siebie.
-...Tak! Tak, zamierzam zdradzić stado, jeśli dzięki temu nie dojdzie do walki! Łamiecie wszelkie prawa! - zawołałam przez zaciśnięte zęby. - I wy mnie nie powstrzymacie!
- Jak... śmiesz! Jak śmiesz choćby myśleć o zdradzie! - wykrzyknęła matka. Patrzyła na mnie z wściekłością, nienawiścią. W jej oczach byłam głupią, młodą wilczycą, która przeżywała szczenięcą miłość. Nie rozumiała, że już dawno nie o to chodzi. To było coś większego.
- Dość! - warknęłam - Nie mam już stada! Nie zamierzam brać udziału w czymś takim! - odwróciłam się i pognałam w las. Wataha wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Matka drżała z bezsilnej złości. Wyszłaby na niezrównoważoną, gdyby mnie zaatakowała.
- Stamine! Stam, chyba nie mówisz poważnie... - głos Caleba, mojego starszego brata, przebił się przez czerwoną mgiełkę wściekłości na matkę, stado, na wszystko. Jak mogli tego nie widzieć? Że to co robią, to nie jest już zwykła walka, to szaleństwo!
Wbiegłam w las, ignorując mojego brata "bliźniaka", drugiego i ostatniego z miotu. Cal nie ustępował jednak, pobiegł za mną w las.
- Stamine... Zaczekaj... - jęknął. Przyspieszyłam. Bycie najszybszym w stadzie miało swoje zalety. Brat był jednak nieustępliwy.
- Stam, Stój! - warknął. Zagrodził mi drogę, ostro skręcając. Przystanęłam.
- Czego chcesz?! - spytałam ostro.
- Porozmawiać - stwierdził spokojnie. Był tym w stadzie, który myślał "naprawdę" logicznie. Nigdy go nie ponosiło. Ja byłam tą od wybuchów emocji. Nie moja wina, nie umiałam ich dusić.
- Dobrze. - zmusiłam się do uspokojenia. Potem dodałam ciszej: - jeśli dzięki temu się odczepisz...
Wywrócił oczami, ale odpowiedział:
- Nie mówiłaś poważnie. Stam, pewnie cię poniosło... Musisz się uspokoić. Trav i tak pewnie tylko się tobą bawił, a... - stwierdził Caleb.
- To nie ma nic do rzeczy! - warknęłam.
- ... a stado nic nie robi... - dokończył stanowczo.
- Nic?! Wybijanie watahy w pień to jest nic?! Ty chyba zwariowałeś! Nie mogę pozwolić, żeby to się dokonało... - zawołałam - I nie próbuj mnie powstrzymywać... nie wygrasz ze mną!
- Nie zamierzam.
- To co zrobisz? Wrócisz do watahy i powiesz matce, żeby wysłała za mną innych? - spytałam nieufnie.
- Nie. Nie przekonam cię, prawda? - zapytał i zaśmiał się lekko. - Pójdę z tobą, czy tego chcesz czy nie. - odpowiedział mi niemal radośnie.
- Ale... - powiedziałam zdezorientowana. Przez chwilę plątałam się w słowach, by w końcu powiedzieć: - A niech cie piorun trzaśnie, Caleb. Jesteś niemożliwy.
- Wiem! - stwierdził mój braciszek z uśmiechem - I dlatego mnie lubisz!
niedziela, 28 kwietnia 2013
Jasmine
Po zniknięciu Stamine zostaliśmy bez łowczyni, tak więc sami musieliśmy zdobywać pożywienie. Shade nie potrafił upolować nawet głupiego królika, co niezmiernie mnie śmieszyło. Ja natomiast przynosiłam do Jamy króliki i inne gryzonie. Odwiedzałam wodospad i zabijałam ryby tam żyjące. Tak minęły dwa dni od zaginięcia mojej siostry.
Pewnego ranka, gdy po całonocnym polowaniu wróciłam do Jamy z niczym, zobaczyłam, że rana Shade'a rozrosła się i zaczęła ropieć.
"No tak, zakażenie" - pomyślałam z rozpaczą. Próbowałam sobie przypomnieć, co nauczyłam się o ropnych, pieniących się ranach. Wiedziałam, że muszę obłożyć ją mchem znajdowanym głęboko w lesie podczas księżycowych nocy, był bowiem widoczny tylko w jego świetle. Moje zdruzgotanie stało się jeszcze większe, gdy zobaczyłam, że całe niebo zasłaniają chmury. Z resztą i tak dziś księżyc powinien być w nowiu.
Shade popatrzył na mnie smutno, w jego oczach czaił się ból. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak stać! Byłam na to za słaba, od samego widoku cierpienia innych istot w moich oczach pojawiały się łzy. Dlatego zabijałam moje ofiary od razu, by nie musiały go odczuwać.
- Z-z-zaraz coś znajdę, p-poczekaj... - szepnęłam łamiącym się głosem. Alpha skinął głową, zaciskając zęby. Przeklinając moją wyostrzoną empatię wybiegłam z Jamy, powstrzymując się od płaczu.
Skierowałam się na stoki, szukając mchu mimo całkowitych ciemności. Po półgodzinie łzy zalewały mi oczy, prawie nic nie widziałam. Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedźwiedzia. No świetnie, zginę tu, Shade też umrze, i to przeze mnie. NIGDY nie wolno chodzić nocą po stokach samemu, każdy szczeniak to wie. W obliczu zagrożenia przypomniałam sobie słowa matki wypowiedziane dawno, dawno temu: "Jeśli nie ma już ratunku, gdy zwątpienie ogarnia twoje serce, nie błagaj o cud. Po prostu użyj swojego daru".
- Taa... - powiedziałam do siebie. Daru. Niby w czym wyostrzony instynkt miałby mi pomóc? Zapachu mchu nie wyczujesz, bo to tak samo, jakbyś wąchał wodę. Niektóre z roślin nie wydają żadnych dźwięków, lecznicze do nich należą. A wzrok... Do tego potrzebny byłby chociażby malutki promyk księżycowego światła.
Niedźwiedź już na pewno mnie wyczuł. Zbliżał się powoli, ociężale. Pogodzona z możliwością śmierci leżałam na trawie z zamkniętymi oczami. Nagle jednak coś mnie oświetliło. Zdumiona podniosłam się. Mój niedoszły zabójca uciekał tam, skąd przyszedł. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie. Może 20 cm przed moim nosem na trawie rósł srebrzysty mech, ten, którego potrzebowałam. Wiedziałam, że Lunia, bogini nocy, maczała w tym pazury. Zaczęłam ją wysławiać, wyrywając z korzeniami leczniczą roślinę. Gdy miałam jej całe pęki, pomknęłam jak strzała do Jamy.
Pewnego ranka, gdy po całonocnym polowaniu wróciłam do Jamy z niczym, zobaczyłam, że rana Shade'a rozrosła się i zaczęła ropieć.
"No tak, zakażenie" - pomyślałam z rozpaczą. Próbowałam sobie przypomnieć, co nauczyłam się o ropnych, pieniących się ranach. Wiedziałam, że muszę obłożyć ją mchem znajdowanym głęboko w lesie podczas księżycowych nocy, był bowiem widoczny tylko w jego świetle. Moje zdruzgotanie stało się jeszcze większe, gdy zobaczyłam, że całe niebo zasłaniają chmury. Z resztą i tak dziś księżyc powinien być w nowiu.
Shade popatrzył na mnie smutno, w jego oczach czaił się ból. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak stać! Byłam na to za słaba, od samego widoku cierpienia innych istot w moich oczach pojawiały się łzy. Dlatego zabijałam moje ofiary od razu, by nie musiały go odczuwać.
- Z-z-zaraz coś znajdę, p-poczekaj... - szepnęłam łamiącym się głosem. Alpha skinął głową, zaciskając zęby. Przeklinając moją wyostrzoną empatię wybiegłam z Jamy, powstrzymując się od płaczu.
Skierowałam się na stoki, szukając mchu mimo całkowitych ciemności. Po półgodzinie łzy zalewały mi oczy, prawie nic nie widziałam. Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedźwiedzia. No świetnie, zginę tu, Shade też umrze, i to przeze mnie. NIGDY nie wolno chodzić nocą po stokach samemu, każdy szczeniak to wie. W obliczu zagrożenia przypomniałam sobie słowa matki wypowiedziane dawno, dawno temu: "Jeśli nie ma już ratunku, gdy zwątpienie ogarnia twoje serce, nie błagaj o cud. Po prostu użyj swojego daru".
- Taa... - powiedziałam do siebie. Daru. Niby w czym wyostrzony instynkt miałby mi pomóc? Zapachu mchu nie wyczujesz, bo to tak samo, jakbyś wąchał wodę. Niektóre z roślin nie wydają żadnych dźwięków, lecznicze do nich należą. A wzrok... Do tego potrzebny byłby chociażby malutki promyk księżycowego światła.
Niedźwiedź już na pewno mnie wyczuł. Zbliżał się powoli, ociężale. Pogodzona z możliwością śmierci leżałam na trawie z zamkniętymi oczami. Nagle jednak coś mnie oświetliło. Zdumiona podniosłam się. Mój niedoszły zabójca uciekał tam, skąd przyszedł. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie. Może 20 cm przed moim nosem na trawie rósł srebrzysty mech, ten, którego potrzebowałam. Wiedziałam, że Lunia, bogini nocy, maczała w tym pazury. Zaczęłam ją wysławiać, wyrywając z korzeniami leczniczą roślinę. Gdy miałam jej całe pęki, pomknęłam jak strzała do Jamy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

