poniedziałek, 15 lipca 2013

Jasmine

- A... o co konkretnie chodzi? To Rosette, ona... ma dar. Pomaga nam. Shade'owi.
- Więc?
- Powiedziała, że przeżyje. Ale... może być... kaleką...
"Głupia, nadwrażliwa, słaba idiotka!" - wymyślałam sobie w duchu. Za swój ton, za drżenie głosu i za łzy - "Takie rzeczy się zdarzają, a ty nie możesz nic na to poradzić!"
Stamine zmiażdżyła Rose spojrzeniem.
- Odzyskałam pamięć, wiesz? - rzuciła w przestrzeń, nie wiadomo, do kogo.
- To... - zastanowiłam się krótko - To cudownie.
- Taak... - nadal wpatrywała się w Rose spod zmrużonych powiek.
[Jas: Stam, dokończ]
[Stam: Już]
Nie wiedziałam, po co Rosette tu przyszła, a tym bardziej, po kiego grzyba zabrała ze sobą Olliego. Skoro przewiduje przyszłość, mogła się spodziewać, że wywalę ją stąd na zbity pysk. A w każdym razie, że będę miała taki zamiar.
- Stamine, przestań. - skuliłam się pod siłą tego głosu. Shade przyglądał mi się z pod zmrużonych powiek, dał radę wstać. Kiedy zobaczyłam w jakim jest stanie, tak naprawdę, zamurowało mnie. Parsknęłam cicho i odwróciłam się od Rosette. Shade. Dziwne, że nadal mu ulegałam, skoro był taki słaby. Mimo to posłuchałam jego rozkazu: "nie teraz".
- Co tutaj robicie? - jego ton nie był raczej agresywny, bardziej po prostu ostrożny. Ollie wyszedł z cienia.
- Przewidziałam... - zaczęła Rosette, jednak jej brat przerwał waderze wypowiedź.
- Słyszeliśmy pogłoski, że tutejsze stado się wyniosło.  No i... o Straży, że interesuje się  tymi terenami. Wysłali nas, żebyśmy to sprawdzili. Mnie, Rose i jeszcze dwa wilki. Lorę i Damy.  - całkiem sporo faktów, ale wyraźnie czułam, że nie chce narazić się Shade'owi mówiąc coś jeszcze. Coś ważnego. Coś, co miało związek z Jasmine.
- Stamine, co się działo, że na tyle zniknęłaś? - zapytał teraz Shade. A niech to, miałam nadzieję, że chociaż część zachowam dla siebie, a teraz musiałam powiedzieć wszystko.
- Bardzo bolała mnie głowa, pokłóciliśmy się, bo zwierzyna wyemigrowała na sawannę, a nasza jama była za daleko. Wybiegłam do lasu, w kierunku wybrzeża, wyczułam obce wilki. To był tak jakby atak, jakbym połamała sobie czaszkę, tak bolało, i się potęgowało. Tych wilków było około piętnastu - relacjonowałam szybko. - Pobiegłam do Wyroczni, bo tam zwykle to ustawało... straciłam świadomość, na jakieś dwa dni. Kiedy się obudziłam, pamiętałam wszystko. To co było kiedyś. No nie wszystko, ale większość. To było naprawdę dziwne, bo wspomnienia zaczęły mi znowu zanikać a... a ja zanurzyłam się w wodzie z Wyroczni - dokończyłam niezdarnie, a Jasmine jęknęła z przerażeniem i zaczęła patrzeć na mniej, jakby miał mi odpaść ogon.
- W każdym razie, byłam w opłakanym stanie, choć wreszcie nie miałam tych bóli i zaników pamięci. Upolowałam coś na ząb i musiałam zasnąć, bo jak się ocknęłam, był ranek. No i pobiegłam tutaj. - zakończyłam swoją opowieść. Shade pokiwał głową. Na szczęście o nic już nie pytał.
- Piętnaście wilków...z Wilczej Straży... - Jasmine była bliska omdlenia. Wywróciłam oczami.
- Czego się spodziewasz? Że pozabijają nas bezpardonowo?
- No... no w sumie to tak... - powiedziała. Opuściłam łeb, grzebiąc pazurami w ziemi.
- Nie zrobią tego. Nie ma wojny między klanami, nie zrobiliśmy nic co mogłoby ich zaniepokoić. Ktoś pewnie podał im fałszywą plotkę - świerzbiło mnie, żeby przy tym spojrzeć na Rosette, ale się opanowałam.
- To dobrze - westchnął Shade - nie wiem jak wy, ale ja chcę tylko spać.
- Odpoczywaj - poradziła mu Jasmine - ja pójdę na polowanie.
Uniosłam brwi. Jas i polowanie? Dobre sobie.

czwartek, 6 czerwca 2013

*Stamine (cześć II)

***

Lekkim truchtem biegłam przez las. Mogłam tak długo - ciepłe promienie słońca oświetlały mi łapy, powietrze przynosiło zapach czystej, źródlanej wody, byłam wypoczęta i syta, zniknął wszelki ból.Wreszcie miałam przejrzyste myśli. Jednym słowem, sielanka.  Mimo tego, czułam supeł gdzieś głębiej. Obce wilki. Tak, teraz rozumiałam, kim oni byli. Ale czemu Wilcza Straż weszła na nasz teren? Co zrobiliśmy, by ich sprowokować? A jeśli już zaatakowali? Tak długo mnie nie było, straciłam kilka tygodni. Nastała jesień, a zima, czułam to, przyjdzie wcześnie tego roku. Pora Gołych Pni zastąpi Czas Rudych Kobierców. Ukochałam sobie ten czas, kiedy zamarzają wody. Urodziłam się wtedy, znalazłam partnera... który, jeśli żył, był przekonany o jej śmierci. To już nie takie radosne. Ale ważna była pamięć.
Prześlizgnęłam się pod zwalonym pniem, i ruszyłam znaną mi ścieżką do Jamy. Dom... zdałam sobie sprawę, że nazywam tak siedzibę naszego trzy-osobowego stada. Aż tak się zmieniłam?
Z roztargnienia walnęłam łbem o drzewo przede mną. Potrząsnęłam poszkodowaną częścią ciała i wpadłam do Jamy. Przez chwilę patrzyłam na obcą wilczycę w naszej kryjówce. Jasmine stała obok niej, pochylając łeb nad Alphą. Shade był cały w ranach, ledwo żył. Znieruchomiałam i zmarszczyłam pysk, węsząc w powietrzu. Głuche warczenie wydobywało się z miejsca głęboko w mojej klatce piersiowej.
- Jasmine, co to jest?! - zapytałam z niesamowitym spokojem w głosie. Niedobrze...dla obcej.
 O tak.
[Jas, dokończ]

środa, 29 maja 2013

Jasmine

Stałam nad wodospadem i wyłam do księżyca.
Po raz pierwszy w życiu naprawdę robiłam to z rozpaczy. Shade ledwie żył, Stamine wciąż nie było, a zima nadchodziła nieubłaganie. Wieczorem robiło się chłodno, a nocą temperatura spadała czasem nawet poniżej zera. O jedzenie było coraz trudniej...
A ja, zamiast cokolwiek robić, stałam nad wodospadem i wyłam do księżyca.
Jego srebrna tarcza, która tak niedawno ocaliła Shade'owi życie, powoli bledła, by zupełnie zniknąć w poświacie wschodzącego słońca. Długie cienie kładły się na ziemi. Jeden z nich należał do białej wilczycy, stojącej po drugiej stronie rzeki. Powinnam ją wyczuć, ale oczywiście byłam zbyt zajęta pogrążaniem się w rozpaczy.
Wilczyca miała niebieskie uszy i znaki pod okiem. Skądś ją kojarzyłam, ale... Przed oczami stanęły mi obrazy. Niedźwiedź. Dave wykrwawiający się na śmierć. Ja, stojąca w tym samym miejscu, co teraz. Krew w rzece. Rosette wychodzi zza drzew...
Rosette.
-Długo cię szukałam.
Jej głos był ochrypnięty, jakby nie mówiła od dłuższego czasu. Spojrzałam jej w oczy. Tak, to te same, ciemnoniebieskie, których tak strasznie zazdrościł jej Dave...
Pomyślałam o Olliem, małym szczeniaku, jej najmłodszym bracie. Ledwie to zrobiłam, wyszedł zza siostry. Był starszy. Granatowe futro zgęstniało, białe znaki na nim powiększyły się. Kasztanowe oczy czujnie obserwowały otoczenie. Półtoraroczny, młody wilk. Tak niepodobny do swojego rodzeństwa, a w szczególności do Dave'a...
-Co wy tu robicie? - nie kryłam zdziwienia.
-Jasmine - odezwała się Rosette delikatnie - Widzę, że tułasz się po świecie samotnie. Odkąd Stamine i Caleb uciekli, miałaś  tylko rodziców... Aż do ich śmierci.
-Do czego zmierzasz?
-Och, chciałabym... może przyłączyłabyś się do naszej Watahy Białej Wody? Mamy dobrego Alphę, Ollie szkoli się na łowcę... Będzie ci tam dobrze!
-Rose... ja nie mogę. Mój Alpha, Alpha mojego stada jest ciężko ranny. Nie mogę go teraz opuścić.
-Jasmine, jeśli ty, uzdrowicielka, mu nie pomogłaś, któż to zrobi?
-Nie wiem... Zaraz! - wykrzyknęłam - Twoja moc! Potrafisz przewidzieć przyszłość!
-To nie tak... To są tylko przeczucia, nic więcej.
-Ale za to zawsze się sprawdzają!
Pognałam do Jamy tak szybko, że Ollie i Rose za mną nie nadążali. Shade leżał tam, gdzie wcześniej. Nie zjadł ani jednej ryby, które mu zostawiłam. Ropa sączyła się z jego rany.
Rose zamknęła oczy. Ona również nie mogła patrzeć na czyjeś cierpienie. To nasiliło się od śmierci Dave'a.
-I co? - spytałam z trwogą.
-On... przeżyje...
Kamień spadł mi z serca. Odetchnęłam z ulgą.
-Poczekaj, Jasmine. Możliwe, że nigdy już nie będzie biegał, polował... Chodził.
Cieszyłam się, że Shade jednak nie umrze. Ale jego smutek dobijał się do moich drzwi, do mojego umysłu. I kiedy zobaczyłam łzę toczącą się po jego pysku, również zaczęłam płakać.






wtorek, 21 maja 2013

*Stamine ( I część)

Otworzyłam oczy. Obraz na zmianę ciemniał i rozjaśniał się, co chwila sklepienie jaskini, w której się znalazłam, błyskało niczym Supernova. Drgnęłam niespokojnie. Zorientowałam się się, że leżę nad źródłem Wyroczni. Była to chyba jedyna rzecz, której mogłam być pewna, ponieważ miałam okropne zawroty głowy. Świat szaleńczo wirował...Czułam się pusta i słaba, i wszystko mi się mieszało. Myśli kręciły się razem z rzeczywistością. Nie wiedziałam co i jak.
 Na szczęście zawroty powoli ustawały i wkrótce mogłam stanąć na czterech łapach, choć zataczałam się niczym jeszcze ślepe szczenię. Co się za mną stało? Myślami wróciłam do ostatnich zapamiętanych zdarzeń.
Moja złość na Alphę... nie.
Wyrocznia... też nie.
Biały Alpha... i sąd nad Stadem z okolic jeziora Leony... Inne wilki - Rissey, Cono, Ir'achalii...
To było dawno! Ile czasu temu? Z czasów Wilczej Straży...
Nie!
Odsunęłam od siebie wszystkie wspomnienia, skupiając się na najwcześniejszym, jakie miałam.
Wiał ciepły wiatr, a w powietrzu czuć było stado. Rodzice, młodsza siostra i starsi bracia spałi w norze. Inni członkowie watahy gotowali się do snu. Na zewnątrz siedziałam tylko ja. Z doliny dobiegło mnie wycie - tęskne, melancholijne. Odpowiedziałam na ten zew, wyjąc do srebrnej tarczy księżyca. Tylko tyle mogłam zrobić. Stado weszło na wojenną ścieżkę. Nie obchodziło mnie to - moje serce rozpadło się na kawałki. I jeszcze to, co planowali - wymordować wszystkich z obcej watahy - sprawiło, że straciłam szacunek dla stada. A w myślach słyszałam ciągle "Stoją na straży porządku i pokoju - bez Sage'Li Wolne Stada dawno przestałyby istnieć"...
I następne, które wyryło się w mojej pamięci.
Był wieczór, gwiazdy lśniły na bezchmurnym niebie. Starsi członkowie watahy zgromadzili się w kręgu, by omówić zbliżającą się walkę - w tej chwili jednak ich uwaga skupiała się na mnie. Stałam przed matką, jeżąc sierść. Warczałyśmy na siebie.
-...Tak! Tak, zamierzam zdradzić stado, jeśli dzięki temu nie dojdzie do walki!  Łamiecie wszelkie prawa! - zawołałam przez zaciśnięte zęby. - I wy mnie nie powstrzymacie!
- Jak... śmiesz! Jak śmiesz choćby myśleć o zdradzie! - wykrzyknęła matka. Patrzyła na mnie z wściekłością, nienawiścią. W jej oczach byłam głupią, młodą wilczycą, która przeżywała szczenięcą miłość. Nie rozumiała, że już dawno nie o to chodzi. To było coś większego.
- Dość! - warknęłam - Nie mam już stada! Nie zamierzam brać udziału w czymś takim! - odwróciłam się i pognałam w las. Wataha wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Matka drżała z bezsilnej złości. Wyszłaby na niezrównoważoną, gdyby mnie zaatakowała.
- Stamine! Stam, chyba nie mówisz poważnie... - głos Caleba, mojego starszego brata, przebił się przez czerwoną mgiełkę wściekłości na matkę, stado, na wszystko. Jak mogli tego nie widzieć? Że to co robią, to nie jest już zwykła walka, to szaleństwo!
Wbiegłam w las, ignorując mojego brata "bliźniaka", drugiego i ostatniego z miotu. Cal nie ustępował jednak, pobiegł za mną w las.
- Stamine... Zaczekaj... - jęknął. Przyspieszyłam. Bycie najszybszym w stadzie miało swoje zalety. Brat był jednak nieustępliwy.
- Stam, Stój! - warknął. Zagrodził mi drogę, ostro skręcając. Przystanęłam. 
- Czego chcesz?! - spytałam ostro. 
- Porozmawiać - stwierdził spokojnie. Był tym w stadzie, który myślał "naprawdę" logicznie. Nigdy go nie ponosiło. Ja byłam tą od wybuchów emocji. Nie moja wina, nie umiałam ich dusić.
- Dobrze. - zmusiłam się do uspokojenia. Potem dodałam ciszej: - jeśli dzięki temu się odczepisz...
Wywrócił oczami, ale odpowiedział:
- Nie mówiłaś poważnie. Stam, pewnie cię poniosło... Musisz się uspokoić.  Trav i tak pewnie tylko się tobą bawił, a... - stwierdził Caleb.
- To nie ma nic do rzeczy! - warknęłam.
- ... a stado nic nie robi... - dokończył stanowczo. 
- Nic?! Wybijanie watahy w pień to jest nic?! Ty chyba zwariowałeś! Nie mogę pozwolić, żeby to się dokonało... - zawołałam - I nie próbuj mnie powstrzymywać... nie wygrasz ze mną!
- Nie zamierzam.
- To co zrobisz? Wrócisz do watahy i powiesz matce, żeby wysłała za mną innych? - spytałam nieufnie.
- Nie. Nie przekonam cię, prawda? - zapytał i zaśmiał się lekko. -  Pójdę z tobą, czy tego chcesz czy nie. - odpowiedział mi niemal radośnie.
- Ale... - powiedziałam zdezorientowana. Przez chwilę plątałam się w słowach, by w końcu powiedzieć: - A niech cie piorun trzaśnie, Caleb. Jesteś niemożliwy. 
- Wiem! - stwierdził mój braciszek z uśmiechem - I dlatego mnie lubisz!

niedziela, 28 kwietnia 2013

Jasmine

Po zniknięciu Stamine zostaliśmy bez łowczyni, tak więc sami musieliśmy zdobywać pożywienie. Shade nie potrafił upolować nawet głupiego królika, co niezmiernie mnie śmieszyło. Ja natomiast przynosiłam do Jamy króliki i inne gryzonie. Odwiedzałam wodospad i zabijałam ryby tam żyjące. Tak minęły  dwa dni od zaginięcia mojej siostry.
Pewnego ranka, gdy po całonocnym polowaniu wróciłam do Jamy z niczym, zobaczyłam, że rana Shade'a rozrosła się i zaczęła ropieć.
"No tak, zakażenie" - pomyślałam z rozpaczą. Próbowałam sobie przypomnieć, co nauczyłam się o ropnych, pieniących się ranach. Wiedziałam, że muszę obłożyć ją mchem znajdowanym głęboko w lesie podczas księżycowych nocy, był bowiem widoczny tylko w jego świetle. Moje zdruzgotanie stało się jeszcze większe, gdy zobaczyłam, że całe niebo zasłaniają chmury.  Z resztą i tak dziś księżyc powinien być w nowiu.
Shade popatrzył na mnie smutno, w jego oczach czaił się ból. Musiałam coś zrobić, nie mogłam tak stać! Byłam na to za słaba, od samego widoku cierpienia innych istot w moich oczach pojawiały się łzy. Dlatego zabijałam moje ofiary od razu, by nie musiały go odczuwać.
- Z-z-zaraz coś znajdę, p-poczekaj... - szepnęłam łamiącym się głosem. Alpha skinął głową, zaciskając zęby. Przeklinając moją wyostrzoną empatię wybiegłam z Jamy, powstrzymując się od płaczu.
Skierowałam się na stoki, szukając mchu mimo całkowitych ciemności. Po półgodzinie łzy zalewały mi oczy, prawie nic nie widziałam. Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka niedźwiedzia. No świetnie, zginę tu, Shade też umrze, i to przeze mnie. NIGDY nie wolno chodzić nocą po stokach samemu, każdy szczeniak to wie. W obliczu zagrożenia przypomniałam sobie słowa matki wypowiedziane dawno, dawno temu: "Jeśli nie ma już ratunku, gdy zwątpienie ogarnia twoje serce, nie błagaj o cud. Po prostu użyj swojego daru".
- Taa... - powiedziałam do siebie. Daru. Niby w czym wyostrzony instynkt miałby mi pomóc? Zapachu mchu nie wyczujesz, bo to tak samo, jakbyś wąchał wodę. Niektóre z roślin nie wydają żadnych dźwięków, lecznicze do nich należą. A wzrok... Do tego potrzebny byłby chociażby malutki promyk księżycowego światła.
Niedźwiedź już na pewno mnie wyczuł. Zbliżał się powoli, ociężale. Pogodzona z możliwością śmierci leżałam na trawie z zamkniętymi oczami. Nagle jednak coś mnie oświetliło. Zdumiona podniosłam się. Mój niedoszły zabójca uciekał tam, skąd przyszedł. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Księżyc w pełni uśmiechał się do mnie. Może 20 cm przed moim nosem na trawie rósł srebrzysty mech, ten, którego potrzebowałam. Wiedziałam, że Lunia, bogini nocy, maczała w tym pazury. Zaczęłam ją wysławiać, wyrywając z korzeniami leczniczą roślinę. Gdy miałam jej całe pęki, pomknęłam jak strzała do Jamy.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Stamine

Czarna wilczyca siedziała z wysoko uniesionym łbem. W jej szkarłatnych oczach czaiła się pogarda. Szare wilki kuliły się przed Sage'Li. Wilczyca przekrzywiła łeb. Biały wilk, obok którego stała, powiedział, przeciągając samogłoski:
- Co macie na swe wytłumaczenie? Powiedzcie prawdę, jeśli wam życie miłe. - Jego ton był beznamiętny, chłodny. Trochę rozbawiony i lekko zaciekawiony. Królewski. Czarna wilczyca zawarczała w głębi gardła. Na ten dźwięk zapytani skulili się i pochylili łby w poddańczym geście. Po chwili odezwała się najstarsza z dziesiątki:
- Podali n...nam błędne infor...macje. Nasze stado miało być zagładzone... Mimo pokoju. Alpha zadecydował o uprzedzeniu at... ataku. Musieliśmy coś zrobić!
Czarna wilczyca odezwała się cichym głosem. Spokojna wypowiedź skrywała inne uczucia.
- Skąd dostaliście te informacje?
- My.... to znaczy się Alphie... - jąkała się Szara. Jej towarzysze kręcili się niespokojnie. -  Powiedziano, że zaatakują nas w najbliższy nów.
- Kto powiedział? - słowa szkarłatnookiej zagrzmiały w sali. Przesłuchiwani poczuli siłę jej dominacji. Musieli ugiąć przed nią kark. Jasny basior patrzył spokojnie jak jego Druga daje pokaz swojej Woli.
- Nie wie... my. - jękneła Szara.
- Nie wie...my? - Druga zaakcentowała ostatnią sylabę. Nie wierzyła Szarej. Sojrzała na nią pobłażliwie. Jak na ciekawe małe zwierzątko.
- Alpha nie powiedział... wszystkim. - Następnie Szara dodała. - Powiedział tylko Drugiemu i Trzeciemu... Betom.
- Ach. I wy nic nie wiecie? - Pierwszy z Sage'Li zabrał głos. Jasny wilk patrzył na Szarą z uwagą.
- Setta podsłuchała ich rozmowę... i znikła niedługo po tym. Dwa dni. - głos Szarej się załamał.
Z głębi pomieszczenia dobiegł ich zduszony okrzyk. Jednocześnie czarna wilczyca warknęła.
- Rada Sage'Li rozpatrzy twoje zeznanie. A tym czasem... - powiedział Pierwszy.
***
 Nareszcie odzyskałam przytomność.Czułam ten okropny ból głowy. Szalał we wnętrzu mojego umysłu niczym burza. Podniosłam się z ziemi, kiedy nawiedziło mnie uczucie pustki, czegoś... niewyjaśnionego. Po chwili zaczęło ono znikać. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że wspomnienia znikają jak we mgle... we Mgle. Tajemnicza siła w moim umyśle pochłaniała moje wspomnienia! Ale, jak? Przecież bym to... Pamiętała. 
Pamiętała. W tym sęk. Mogłam to sobie setki razy przypominać, a ta Mgła zacierała wszelkie ślady wspomnień. Wymazywała wszystko z mojej pamięci. Ale czemu? Nie wiedziałam. A nawet jeśli, to tego nie Pamiętałam. Niczego.
Z paniką rzuciłam się w stronę groty. Wpadłam do środka, jednak to nie pomogła. Zdesperowana, zanurzyłam łeb w wodzie. Ataki ustąpiły. Mgła skuliła się wypuszczając strzępki wspomnień. Wspólny skowyt. 
Spojrzenie złotych oczu, inteligentne i zaciekawione.
Krew. Całe kałuże krwi wokół mnie. Szkarłatnookiej.
Błagalny skowyt Jasmine, ledwie półtorarocznej.
Ból. Strach. Przerażenie. Cisza. Eksplozja. Dźwięków, kolorów, zapachów, odczuć.

sobota, 6 kwietnia 2013

Jasmine

Biegałam po lesie do rana, ale nie znalazłam Stamine. W pewnym miejscu jej ślad po prostu się urywał. Zrozpaczona wróciłam do Jamy i zaczęłam wyrzucać Shade'owi, że się z nią pokłócił. W odpowiedzi usłyszałam argument, iż moja siostra "nie spełnia swoich obowiązków łowczyni". Miałam ochotę dać mu w gębę i gdyby nie moja umiejętność szybkiego uspokajania się, pewnie bym to zrobiła. A poza tym to Alpha.
Zrezygnowana poszłam do Wyroczni. Tam zawsze wszystko stawało się jasne, przejrzyste. Problemy wydawały się śmieszne, irracjonalne, jakby odległe. Święte prawo wilków głosi, że jeśli do świętej wody w tym miejscu spadnie choć jedna kropla krwi, nawet zajęczej, ten, kto to zrobił, będzie przeklęty na zawsze. Dlatego szamani są wegetarianami, na szczęście mnie to nie dotyczy.
Zobaczyłam swoje odbicie w lustrzanej wodzie: zielone oczy, jedwabista sierść. Kiedyś jeden wilk zakochał się we mnie. To było dawno, ledwo wyrośliśmy ze szczeniactwa. Zadrżałam, gdy przypomniałam sobie, jaki los go spotkał. Splamił najświętszą ziemię Wyroczni, wdając się w bójkę o moje serce. Gdy wychodził, stratowało go stado łosi. Nigdy nie zapomnę widoku jego zakrwawionego trupa...
Pokręciłam głową. To się nigdy nie powtórzy, nigdy! Żeby zająć czymś myśli zaczęłam zbierać zioła i liście nadające się na opatrunki. Wróciłam do Jamy i ujrzałam Shade'a liżącego wielką ranę na boku.
- Byłem na polowaniu... - wyjaśnił zwięźle.
Zaśmiałam się. Ten szczeniak na polowaniu! Co próbował zabić? Niedźwiedzia?
- Na co liczyłeś? - powiedziałam kpiąco.
- Łoś mnie zaatakował... Rogami.
- I ty twierdzisz, że jestem zbyt łagodna, by polować, nic nie umiem, tratatata, tratatatata.
Zawstydzenie w jego oczach sprawiło mi satysfakcję. Potem jednak wrodzona wrażliwość dała o sobie znać, więc przystąpiłam do opatrywania jego rany liśćmi nasączonymi wodą z Wyroczni i kilkoma ziołami.

środa, 3 kwietnia 2013

Stamine

I znowu. Znowu biegłam przez las, zła na cały piekielny świat, w którym żyłam. Zmierzałam w linii prostej do Wyroczni, szybko jednak zmieniłam kierunek i miękko stąpając pobiegłam w stronę wybrzeża. Jasmine mogłaby mnie gonić i co wtedy? Nie chciałam jej towarzystwa, jej idiotycznego współczucia da mnie. Tak tęskniłam... tylko za czym? Za czymś co było kiedyś, ale ukrywało się w śród wirującej mgły w moim umyśle.
Czemu wcześniej kierowałam się do Wyroczni? Bo tam w cudowny sposób moje ataki znikały, jakby nigdy się nie pojawiły. Magia? Nie wiedziałam. Choć zawsze miałam wielkie poszanowanie do legend, to jednak historia o duchu wydawała mi się nieprawdopodobna. Może to splot energii? Wiem, że kiedyś o tym słyszałam. To znaczy, że kiedy w jakimś miejscu pojawią się zawirowania energii, czyli na przykład będzie tam odprawianych kilka rytuałów wymagających śmiertelnej ofiary z innego wilka, albo stoczone zostaną większe bitwy. Wtedy te zawirowania jakby się łączą tworząc coś na kształt umysłu, inteligentnego umysłu.
Usłyszałam kroki, wilcze. Brzmiały tak znajomo. Skądś je znałam. Nie były to kroki Jasmine ani Shade'a. Obcy wilk... nie, kilka wilków. Obce stado...
 Nie miałam czasu na rozmyślania. Prawie pełznąc po ziemi, ruszyłam po śladach. Znajoma woń, niekoniecznie przyjazna, burzyła mi krew w żyłach. Adrenalina spotęgowała ból łba. Starałam się nie zwracać na to uwagi. Myślami byłam daleko, i moje łapy gubiły rytm. Nagle upadłam. Może to i dobrze, zwłaszcza, że wilczy zapach palił mnie w nozdrza jeszcze bardziej niż zwykle. Zobaczyłam piętnaście obcych wilków.
Ból rozsadził mi czaszkę, ostatnimi resztkami sił powstrzymałam skowyt. Wiedziałam, co zobaczyłam , robiłam jednak wszystko by nie dopuścić do siebie tych myśli. Mgła szalała w mojej głowie, rozrywała ciało, atakowała mój umysł w niemej furii, mimo że słyszałam wybuchy dźwięku, widziałam feerię kolorów, czułam tysiące kłów i pazurów na swym ciele.
Już byłam przy wejściu do wyroczni, gdy wszystko znikło.
Nastała... Nicość.